sobota, 25 października 2014

The Glenlivet 12 Year Old

Pierwszym wpisem merytorycznym nie mogła być degustacja innego alkoholu niż szkockiego single malta. Na pierwszy ogień idzie The Glenlivet, jedna z najbardziej popularnych destylarni szkockiej - pod względem sprzedaży ugina się tylko przed bezkonkurencyjną w kwestiach ilości Glenfiddich. Prawie dwieście lat temu George Smith zaczął w dolinie rzeki Livet wśród około dwustu kolegów po fachu destylować nielegalnie whisky. To liczne nagromadzenie bimbrowników wynikało w szczególności z niezwykłych właściwości tej rzeki, a whisky Smitha wyróżniała się szczególnie na tle pozostałych. Po paru latach stał się on pierwszym, który w okolicy wykupił licencję na destylowanie, co nie spodobało się wspomnianym kolegom, którzy, mając go za zdrajcę, grozili mu nawet śmiercią i podpaleniem gorzelni. Przetrwał jednak, a inni poszli w końcu jego śladem. Pod koniec XIX wieku whisky ta zdobyła tak dużą popularność, że inni gorzelnicy zaczęli korzystać z nazwy, co skończyło się postępowaniem sądowym i orzeczeniem, że jedynie destylarnia Smithów może używać słówka "The" przed "Glenlivet", tak zostało do dziś. Od 1978 destylarnia nie jest już w rękach Smithów; obecnie należy do blendowego potentata Chivas Bros. Używa się tu do maturacji beczek po sherry i bourbonie.

Sporo różnych wersji The Glenlivet jest dziś destylowanych. Standardowy segment obejmuje wersje 12-letnią, 15-letnią, 18-letnią, 21-letnią i 25-letnią (czy też, idąc za nazwą, XXV-letnią). Mamy też jedną edycję limitowaną, "The Glenlivet Guardians' Chapter". Jest też cała seria Nadurra, whisky cask strength destylowanej XIX-wiecznymi metodami, leżakowanej w małych beczkach. A w końcu i coś, co każdego chyba miłośnika whisky przyprawia o szybsze bicie serca - koszmarnie ekskluzywną wersję 50-letnią, wydestylowaną w 1964 roku. "The Winchester Collection", bo tak się nazywa ta edycja, pojawiła się na świecie w liczbie zaledwie stu butelek - jak twierdzą producenci, to pierwsza tak stara whisky na rynku. Butelka, bagatela, 25 tysięcy dolarów amerykańskich - na początku, teraz pewnie dużo więcej.

Zejdźmy na ziemię. Zaczynamy od podstawowej wersji 12-letniej.


Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Speyside
Destylarnia: The Glenlivet
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 12 lat w dębowych beczkach z Ameryki i Europy
Alkohol: 40%

Łagodna, złota, nawet jasnozłota barwa. Aromat również bardzo łagodny, bardzo słodki - bardzo mocno kwiatowy, lekko waniliowy, jest też dosłownie szczypta dymu; ta słodycz jest wręcz ciastkowa, kojarzy mi się ze słodkim kremem, bardzo mocno okraszonym wonią kwiatów - piękna sprawa, mimo że tak łagodna. W ustach już dużo bardziej charakterna, przyprawowa, wręcz pieprzna, jest to trochę agresja bez pokrycia, ale niezła. Na finiszu na początek znowu potężne uderzenie słodyczy iście czekoladowej, po chwili na powrót mamy przyprawy, a w końcu wszystko powoli się wycisza i przechodzi w subtelne akcenty gruszkowe - to wyciszanie się jest wspaniałe, oferuje nieziemską naprawdę podróż.

Jeśli tak wygląda początek, to jak cudowny będzie koniec? Świetna whisky. Najbliżej mi do tych torfowych - ta poza językiem i pierwszymi sekundami finiszu była kwintesencją delikatności, ale co ciekawe właśnie w aromacie i na głębokim finiszu urzekła mnie najbardziej - choć to mocne uderzenie nadało kontrastu. Warto, piękny trunek za przyzwoitą cenę. Będę zgłębiał The Glenlivet, mam już wersje 15-letnią i 18-letnią, jeśli dalej pójdzie tak dobrze, to i na starsze będę polował. Ocena orientacyjna, do weryfikacji, gdy nabędę materiału porównawczego.

8,5/10

czwartek, 23 października 2014

Wstęp

Dość długo zastanawiałem się nad nazwą tego bloga - czy poświęcić ją wyłącznie trunkowi, który będzie tu zajmował ponad 90% przestrzeni, czyli whisk(e)y, czy jednak uwzględnić te kilka procent, jakie dostaną pozostałe destylaty. Jak widać, poszedłem w tę drugą, bardziej asekuracyjną opcję. Spór ten stanowi dość dobre wprowadzenie do zapoznania się z ideą bloga.

Na wiosnę 2012 roku rozpoczęła się - wpierw z małym impetem - moja fascynacja światem destylatów alkoholowych, które określam tu nieco nieprecyzyjnie trunkami (w najszerszym i chyba popularniejszym znaczeniu są to wszelkie napoje alkoholowe, nie tylko destylowane, a przynajmniej poza nimi podpina się pod to pojęcie zwykle również wino). Obecnie mogę powiedzieć, że wciąż fascynuję się tym światem, ale zaszło też pewne doprecyzowanie. Gdyby wyjąć poszczególne gatunki alkoholu z tego zbioru, fascynację przyznałbym już tylko whisk(e)y. Pozostałe są mocne w kupie, ale nie nazwałbym się pasjonatem z osobna koniaku, rumu, a zwłaszcza ginu lub wódki. 

Aby lepiej to zobrazować i przy okazji pokazać pewną hierarchię bloga, posłużę się pewnym rozszczepieniem zbioru wszystkich destylatów na coraz mniejsze i coraz bardziej interesujące mnie zbiory. Z ich pełnego zbioru wyjmujemy te alkohole, które poddawane są maturacji w beczkach. Pozostałe interesują mnie przede wszystkim w wymiarze kulturowym, ale nie czuję fascynacji ich walorami smakowo-zapachowymi; interesują mnie poszczególne gatunki, ale już nie poszczególni przedstawiciele tych gatunków, prawdopodobnie ograniczę się w ich przypadku do degustacji jakiegoś jednego, reprezentatywnego przedstawiciela i na tym się skończy. Przez destylaty starzone w drewnie rozumiem jednak tylko te, które poddawane są takiemu procesowi z założenia, a nie czasami - ogranicza to ich zbiór do whisk(e)y, brandy, calvadosu i rumu (istnieje biały rum, ale nie jest trunkiem poważanym, jest niemal apodyktycznie przeznaczony do koktajli). Spośród tych czterech zostawiamy sobie na później oczywiście whisk(e)y. Pozostałe trzy interesują mnie nie tylko kulturowo, ale również pod względem smaku i aromatu - nie popadam jednak w zbytnią fascynację ich światem, to znaczy typologią producentów, destylarniami i tak dalej. Pojawią się tu bez wątpienia nie raz i nie dwa, ale w dalszym ciągu sporadycznie i spontanicznie. Został nam więc zbiór whisk(e)y i z niego od razu możemy pozbyć się whisky mieszanych (czy to szkockich, czy jakichkolwiek innych) - będą się tu pojawiać, ale również okazjonalnie, być może nawet, że jest to pole, które interesuje mnie nawet mniej od brandy, calvadosu i rumu. I tak w końcu spośród whisk(e)y niemieszanych - które już interesują mnie pod każdym wspomnianym względem - musimy jeszcze wyłączyć jako ten najdoskonalszy zbiór szkocką whisky single malt. Jej świat, jej destylarnie, obszar powstawania, poszczególni producenci, historia, najdrobniejsze szczegóły - to dopiero pochłania mnie na tyle, bym mógł mówić o prawdziwej pasji.

Będzie to więc blog przede wszystkim o whisk(e)y, a nawet przede wszystkim o szkockiej single malt. Bardzo wątpię, by pozostałe alkohole pojawiały się tu częściej niż w co piątym wpisie. Ale będą.

Piwo i wino to obszary z punktu widzenia jednostki nieskończone. Gdyby dać komuś do dyspozycji odpowiednie fundusze i sklep zaopatrzony codziennie we wszystkie co do jednego istniejące marki piwa lub wina, to nie miałby szans, żeby w ciągu swojego życia spróbować wszystkich, a nawet większości. Jeśli chodzi o szkockie single malty, jest zupełnie inaczej. Liczba destylarni jest jak najbardziej do wyobrażenia, podobnie jak liczba wszystkich whisky produkowanych w poszczególnych destylarniach. Co więcej, istnieje mnóstwo holistycznych opracowań-prezentacji szkockich destylarni - nie trzeba więc obawiać się pominięcia czegoś.

W związku z tym mogę sobie - inaczej niż w przypadku piwa i wina - pozwolić na prowadzenie bloga według pewnego planu. Plan ten polegał będzie na tym, że będę się starał w przypadku danej destylarni degustować whisky w niej produkowane od najmłodszej do najstarszej. To w sumie nie plan, a zasada. Stąd większość pierwszych wpisów będzie zawierała degustacje raczej młodych, mało spektakularnych whisky - słuszniej jest zaczynać taką przygodę od dołu, a kończyć na górze (starsze whisky są powszechnie uważane za bardziej skomplikowane i warto podchodzić do nich z pewnymi doświadczeniami w młodszych, by w pełni je docenić), a mam względną pewność, że starczy mi czasu na dotarcie daleko.

Sporo formalności, ale mamy je już za sobą, a warto je było spisać, by się w tym wszystkim przy trzech różnych blogach o napojach alkoholowych nie pogubić. Teraz przechodzimy do konkretów.