środa, 26 listopada 2014

Talisker 10 Year Old

Wracamy do szkockich single maltów. Dziś Talisker, jedna z bardziej poważanych destylarni, mieszcząca się na wyspie Skye, drugiej co do wielkości wyspie Szkocji, mocno opustoszałej w ubiegłych stuleciach, ale - tak mówią - niezwykle pięknej. Destylarnia - obecnie jedyna na wyspie - powstała około 1830 roku (najpierw na północy wyspy, później z nieznanych przyczyn została przeniesiona na obecne miejsce) i od początku często zmieniała właścicieli. Po serii bankructw w 1880 roku przeszła na własność Alexandra Grigora Allena i Rodericka Kempa, po dwunastu latach zostając jedynie w rękach tego pierwszego. Allen wszedł we współpracę z Thomasem Mackenziem i dokonał fuzji z gorzelnią Dailuaine. Po śmierci tego Mackenziego w 1916 roku destylarnia dostała się pod skrzydła Johnniego Walkera i do dziś stanowi ważny element blendów tej marki, a Talisker wchodzi w szeroką ofertę single maltów giganta Diageo.

Oferta Taliskera dziś obejmuje wersje 10, 18 i 25-letnie, Distiller's Edition, wersję cask strength oraz sporą gamę edycji limitowanych, oznaczanych wiekiem: mamy 20, 25, 28 i 30-letnie z różnych roczników. Zaczynam oczywiście od dziesiątki.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: wyspa Skye
Destylarnia: Talisker
Wersja: 10 Year Old
Maturacja: 10 lat
Alkohol: 45,8%

Jasnobursztynowa i przejrzysta - prosta, wręcz niepozorna. W zapachu bardzo subtelne połączenie torfowego dymu ze słoną, morską wodą, z wodorostami, a do tego lekkie ugładzenie słodszymi nutami wanilii, może karmelu i jakichś owoców, również mocne akcenty dębowej beczki; momentami przypomina bardzo lubiany przeze mnie zapach sauny - świetna, choć może nie powalająca kompozycja. W smaku nieco bardziej zdecydowane uderzenie owym torfowo-morskim duetem; można wręcz spodziewać się, że zaraz poczujemy słoność morskiej wody - jak na swoją moc bardzo lekka. Na finiszu najpierw lekka pieprzność, potem powolne rozprzestrzenianie się wyraźnej, ale mało zaborczej torfowej dymności, a na dalszych etapach dostajemy może niekoniecznie najbardziej intensywne, ale najbardziej ewidentne jak dotąd nuty morza - w przyjemny sposób łączy wyrazistość akcentów z dużą lekkością.

Na nieco więcej liczyłem, ale potraktuję to jako zapowiedź czegoś genialnego w starszych wersjach. Potencjał na pewno jest, póki co do określenia tego trunku mianem wybitnego zabrakło mi jakiegoś mocnego akordu, jakiejś tłustej kropki nad i. Ostatecznie bardziej przekonały mnie do siebie obie wersje The Glenlivet, co jest pewnym zaskoczeniem, choć przecież są w końcu starsze. Jak na 10 lat maturacji to ostatecznie świetna ocena.

8,0/10

środa, 19 listopada 2014

Wild Turkey 101

Wracam do najważniejszej na tym blogu rodziny destylatów, ale nie do Szkocji. Dziś rozpocznę - miejmy nadzieję, że długą - przygodę z destylarnią bourbonu Wild Turkey, położoną oczywiście w Kentucky. Destylarnia istniała w tym miejscu już w 1855 roku, a budynek gorzelni, w której produkowany jest dziś Wild Turkey, powstał osiemnaście lat później. Po zniesieniu prohibicji w Stanach Zjednoczonych Thomas McCarthy, prezes spółki, która dystrybuowała w czasach prohibicji alkohol produkowany w tej destylarni dla celów medycznych, zainteresował się bourbonem i już w 1940 roku poczęstował tym trunkiem on biznesmenów z Południowej Karoliny, których zaprosił na polowanie na dzikie indyki. Ich zachwyt sprawił, że już dwa lata później bourbon trafił na rynek, a z tej okoliczności wziął swoją nazwę. W 1970 spółka wykupiła destylarnię, dziesięć lat później przejęta została przez Pernod Ricard, a w 2009 roku odkupiła ją za 575 milionów dolarów Gruppo Campari. Dziś Wild Turkey ma wizerunek destylarni tradycyjnej, konserwatywnej, w której czuje się stare czasy. Wiąże się z takim jej postrzeganiem ikoniczna osoba Jimmy'ego Russella, naczelnego gorzelnika, który pracuje w destylarni już ponad pół wieku, a nauki pobierał między innymi od syna pierwszego jej właściciela (tego z 1855 roku). Również bardzo ważną pozycję w destylarni ma jego syn, Eddie, w którym upatruje się gwarancji na podtrzymanie tradycji.

Do wszystkich swoich bourbonów destylarnia używa jednej receptury (nieco ponad 70% kukurydzy) - ich różnorodność wynika z żonglowania długością i miejscem starzenia, rodzajem beczek, kupażem, poziomem alkoholu. Nie licząc likieru miodowego na bazie bourbonu i asortymentu gotowych drinków (głównie z colą), mamy 6-8-letnią Wild Turkey 81, przeznaczoną do koktajli, 101, mieszankę 6, 7 i 8-letnich destylatów, ekskluzywną Rare Breed (6, 8 i 12-letnie whiskey), serię Russell's Reserve, efekt kombinacji z beczkami wspomnianych dwóch panów, wersję single barrel oraz kilka markowanych konkretnym wiekiem wersji na rynek japoński. To jednak nie koniec, Wild Turkey destyluje bowiem jako jedna z nielicznych destylarni również whiskey żytnią, niepopularny dziś gatunek, który kiedyś pełnił pionierską rolę w historii whiskey w Ameryce.

Pomijam tu destylaty, które producenci sami zalecają do picia wyłącznie w koktajlach, więc swą znajomość z Wild Turkey rozpocznę od wersji 101. To, jak wspomniałem, mieszanka 6, 7 i 8-letnich bourbonów.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Wild Turkey
Wersja: 101
Maturacja: mieszanka destylatów o wieku 6, 7 i 8 lat
Alkohol: 50,5%

Bardzo ładna barwa jasnego do głębokiego bursztynu, klarowna, świetlista. W aromacie na pierwszy ogień idzie spore uderzenie charakterystycznej, pochodzącej od kukurydzy słodyczy - bardzo przyjemnej, trochę kojarzącej się z anyżkiem, trochę z gruszkami i pomarańczami, trochę z karmelem - za nią nadciąga zawsze w tym samym miejscu niezbyt przyjemna, na szczęście krótka nuta jakby lekko skwaśniała, ale już potem rozpościera się piękna woń dębowej beczki - podróż dość prosta, ale krótka - po skropleniu wodą raczej się nie zmienia, może trochę intensyfikuje. W smaku się zmienia dość niespodziewanie na mocno dymną i pieprzną, bardzo przyjemnie; dość zadziorna, ciekawie to kontrastuje z raczej łagodnym zapachem. Na finiszu dzieją się rzeczy najciekawsze - od samego początku mamy ewidentne wiśnie, likier wiśniowy, nieco pomarańczy, do tego wciąż sporo dymu, powraca też nieobecna w ustach słodycz z zapachu, do tego trochę trawy - komponuje się to naprawdę imponująco, ale można się trochę przyczepić do krótkości finiszu - gdyby był dłuższy, byłoby naprawdę rewelacyjnie.

Świetna rzecz jak na początek, a gdyby nie ta niepożądana nuta w zapachu, byłbym chyba zachwycony. Bardzo ciekawa korespondencja ze światem szkockiej whisky, nie mam wątpliwości, że niejeden jeszcze bourbon się tu pojawi, w tym kolejne wersje Wild Turkey.

8,0/10

sobota, 15 listopada 2014

Stolichnaya Elit

Tak jak zaznaczałem we wstępie, zamierzam dać jedną (i prawdopodobnie jedyną) okazję do zaprezentowania się na moim blogu każdemu gatunkowi alkoholu spośród długiej listy tych, które mnie nie interesują pod kątem smaku i aromatu. Jednym z nich jest czysta wódka, a w zasadzie stoi ona na ich czele - spośród wszystkich destylatów ona bowiem interesuje mnie chyba najmniej i raczej nietrudno się domyślić, dlaczego. Słowem-kluczem jest tu słowo "czysta". Tak, miarą jakości wódki jest nie intensywność, bogactwo, piękno i złożoność smaku i aromatu (naczelne wartości trunków, za jakimi podążam), a coś w zasadzie przeciwnego, czystość, a więc - brzydko mówiąc, ale to prawda - jak najdoskonalsze wypranie ze smaku i aromatu. Jednocześnie smaku wódki nie da się z niej wyprać całkowicie, a jest on ordynarny. To chyba jedyny alkohol występujący w formach ekskluzywnych, do którego mam stosunek wręcz wrogi - postrzegam wódkę za głównego sprawcę alkoholizmu (wystarczy spojrzeć, w których krajach problem alkoholizmu jest naprawdę wielki, tak bardzo, że stał się aż motywem kulturowym), za destylat służący jedynie do jak najprostszego dostarczania alkoholu do krwi, a idąc za tym za coś, co oducza ludzi znajdowania w innych również napojach alkoholowych niezwykłych doznań smakowo-zapachowych, degraduje je - również te najbardziej szlachetne - do roli "upijaczy". Wciąż jednak wódka to niezwykle doniosły kulturowo napój (inna sprawa, czy pozytywnie) i wylosowałem degustację reprezentatywnego jej przedstawiciela już na samym początku bloga - nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: "miejmy to już za sobą".

Miałem już okazję pić wódkę z najróżniejszych półek - tego najniższego albo prawie najniższego poziomu (okrutny Bols i ze dwie inne podłości, których nazw na szczęście już nie pamiętam), tego tzw. premium (Finlandia, Absolut, Smirnoff) oraz najwyższego (Beluga, Grey Goose, Belvedere, Imperia). Różnica jest dość ogromna pomiędzy pierwszymi dwoma poziomami - pomiędzy drugim i trzecim jest wyraźna, ale nie za duża, podczas gdy cena rośnie dużo bardziej. Uważam więc wódki z tego ostatniego poziomu za straszną drożyznę, którą nie warto sobie zawracać głowy, chyba że okazja jest duża i zależy nam, by podnieść czystość i łagodność wódki jeszcze trochę za wszelką cenę. Jest co prawda pewna nagroda pocieszenia - w ten sposób możemy sobie na całe życie zachować przepiękną butelkę, bo czyste wódki są zdecydowanie najwymyślniej i najpiękniej po prostu pakowanymi alkoholami na świecie. Beluga jest klimatyczna i niezwykle oryginalna, Imperia rozbraja monumentalizmem, a już butelka Belvedere to małe dzieło sztuki. Uznałem, że pierwsza i ostatnia degustacja wódki na blogu to wystarczająco duża okazja, by otworzyć inną czystą z równie wysokiej półki - Stolichnayę Elit (o podobnie zachwycającej butelce, choć może trochę mniej bezpośrednio).

Stolichnaya Elit to elitarna wersja zupełnie nieelitarnej Stolicznaji, jak rzecze wikipedia - najpopularniejszej rosyjskiej wódki. Na pewno jest jedną z najpopularniejszych. Elit destylowana jest z mieszanki pszenicy ozimej, pszenicy jarej i żyta z okolic Tambowa. Stamtąd jedzie do Rygi, gdzie poddana jest filtracji, przepływając przez kolumny z piaskiem kwarcowym i węglem brzozowym. W końcu zostaje zamrożona do -18 stopni Celsjusza, co oczyszcza ją z wszelkich pozostałych zanieczyszczeń. Tak wygląda wymyślna teoria.

Informacje ogólne:
Gatunek: czysta wódka zbożowa
Surowiec: pszenica ozima, pszenica jara i żyto
Kraj destylacji: Rosja
Kraj filtracji i butelkowania: Łotwa
Nazwa: Stolichnaya Elit
Alkohol: 40%

Rozprawianie o barwie byłoby pewnym nadużyciem, przechodzę do zapachu. Tam istotnie dominuje wszystko zwyczajna woń etanolu, acz jeśli bardzo się chce, da się tam wyczuć coś miłego dla nosa, pewną słodycz; powiedziałbym nawet, że jest to zapach dość łagodny, nieodrzucający, choć i kompletnie nieciekawy - czuję może jakieś nuty, które faktycznie powiązałbym ze zbożem albo trawą. W smaku podobnie, trzeba oddać, że jak na swą moc jest to trunek bardzo, bardzo łagodny i przystępny, ale nie dzieje się tu kompletnie nic interesującego. Finisz, a raczej pewne jego aspekty można co prawda nazwać nawet w miarę przyjemnym (acz znowu - im dalszy, tym bardziej).


Nie było tak tragicznie. Zapamiętałem wódki, również te luksusowe, nieco paskudniej. Tutaj było niemal neutralnie, przy tym kosmicznie nudno. Istotnie, jeśli chodzi o dostarczenie alkoholu do krwi, to ten trunek zrobi to najszybciej i najłatwiej. Mnie o to nie chodzi, więc pozostała zawartość pięknej butelki - czyli chyba jakieś 0,68 litra - ląduje głęboko w szafie i czeka na kogoś, kto preferuje takie atrakcje. Chyba największa zaleta wódki to sentyment, jaki wywołuje - jak zapewne dla prawie każdego Polaka, tak i dla mnie wódka była pierwszym mocnym alkoholem, jaki wziąłem do ust (jakże pamiętny Sobieski na osiemnaste urodziny, którego butelkę - wraz z dobrą setką pozostałej w niej wódki! - ciągle mam w pokoju). No i chyba drugim, trzecim i jeszcze paroma (z małą przerwą na whisky). Jak zapewne dla prawie każdego człowieka, tak i dla mnie pierwsze alkoholowe posiedzenia są wspomnieniami, do których wracam często i z przyjemnością.

4,5/10

sobota, 8 listopada 2014

The Glenlivet 15 Year Old

Kolejne obiekty degustacji wybieram na drodze losowania i zapewne prawdopodobieństwo, że w zaledwie trzech wpisach obskoczę dwa razy jedną destylarnię, było bardzo znikome, ale tak się dzieje i już teraz kontynuuję swoją przygodę z The Glenlivet, która od początku urzekła mnie świetną wersją 12-letnią swojej whisky. Destylarnia przedstawiona, przechodzimy więc do konkretów. Wersja 15-letnia przez jakiś (nieokreślony przez producentów) czas była leżakowana w beczkach z dębu francuskiego z regionu Limousin - stosowanego raczej do maturacji koniaku i win - i pod znakiem tego dębu zwykle się ją prezentuje.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Speyside
Destylarnia: The Glenlivet
Wersja: 15 Year Old
Maturacja: 15 lat w dębowych beczkach, w tym z dębu francuskiego
Alkohol: 40%

Ładna, czysta barwa gdzieś pomiędzy ciemnym złotem a jasnym bursztynem - spokojna, prosta, lecz elegancka. W aromacie od wejścia rzucają się na nas owoce; ma zdecydowanie słodki profil, ale nie aż tak, jak wersja 12-letnia; w dalszym ciągu mamy nuty deserowe, lecz bardziej wysublimowane; owoce, zwłaszcza jabłka i gruszki, nawet morele, nadają jej rześkości, a nuty dębu pełni i wyrazistości, do tego dosłownie szczypta ulotnego dymu, później trochę karmelu; nadzwyczajnie przyjemny. W ustach dość lekko, ciągle rześko, raczej łagodnie - przyjemnie oleista. Finisz od początku raczej słodki, choć jednocześnie zasypany pieprzem; tak jak w młodszej wersji, tak i tutaj wycisza się w kierunku nut owocowych, choć już jednoznacznie gruszkowymi bym ich nie nazwał; wszystko w akompaniamencie intensywnej, czekoladowej słodyczy, nieznacznie przesadzonej; daleko, daleko witają nas obiecywane przez producentów brzoskwinie albo morele; szlachetna, piękna, ale nie przytłaczająca, nieprzesadnie wymagająca.

Lekkie rozczarowanie. To równie świetna whisky jak dwunastka, ale - no właśnie - równie. Jest inna, jest ciekawym nawiązaniem do młodszej wersji, jest nieco rozwinięta, ale nie na tyle, bym wystawił wyższą ocenę. Dodajmy różnicę w cenie i staje się jasne, że mimo wysokiej oceny można mówić o zawodzie. Mimo wszystko dodam sobie kiedyś pełnowymiarową butelkę piętnastki do kolekcji, to po prostu świetna whisky.

8,5/10

sobota, 1 listopada 2014

Dalwhinnie 15 Year Old

Druga degustacja każe nam opuścić region Speyside, ale tylko nieznacznie, bo destylarnia Dalwhinnie leży ledwie dziesięć kilometrów od jego umownych granic. Wjeżdżamy do centralnej części Highlands, największego regionu produkcji szkockiej, który zajmuje większość Szkocji i można powiedzieć, że to nie tyle region, co "wszystko poza innymi regionami", dużo mniejszymi i bardziej konkretnymi. Patrząc na mapę, zdaje mi się, że nie ma destylarni położonej bliżej dokładnego środka całej Szkocji niż właśnie Dalwhinnie. Co więcej, jest to obok Braeval najwyżej położona destylarnia w kraju, chwaląca się malowniczą lokalizacją między pasmami górskimi Cairngorm i Monadhliath, a idąc jeszcze dalej, bodaj najchłodniejsze zamieszkałe miejsce w Wielkiej Brytanii. Destylarnia powstała w 1897 roku, nie ma jednak tak pięknej historii jak The Glenlivet. W początkowych latach nie szło jej za dobrze i często zmieniała właścicieli - dopiero na przełomie lat 1988 i 1989 zaproponowała swoją whisky single malt, wcześniej destylując głównie materiał do blendów. Nie jest to więc jedna z najbardziej spektakularnych destylarni szkockich, ale pełniła też kiedyś funkcję schronienia dla robotników i turystów, a dziś służy również za lokum dla stacji meteorologicznej. Cechą rozpoznawalną tutejszej whisky są nuty miodu wrzosowego, podobno obecne w każdym destylacie.

Do dziś, pod władaniem megakoncernu Diageo, w sprzedaży jest tylko jedna standardowa whisky z Dalwhinnie, 15-letnia: to znaczący wiek jak na najmłodszą whisky w destylarni, ale też nie ma żadnej starszej. To znaczy są, ale w ramach edycji limitowanych. Do kupienia są albo może jedynie były wersje 20-letnia, 29-letnia i 36-letnia: odpowiednio 4200, 5220 i 1500 butelek. Jeśli ktoś nie ma tyle szczęścia, by nabyć któryś z tych niespełna jedenastu tysięcy egzemplarzy, a nie chce zakończyć swojej przygody z Dalwhinnie na 15-letniej podstawce, musi skierować się w stronę Distiller's Edition, starzonej w beczkach po winie.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: centralne Highlands
Destylarnia: Dalwhinnie
Wersja: 15 Year Old
Maturacja: 15 lat w beczkach po bourbonie
Alkohol: 43%

Bardzo jasna i bardzo przejrzysta - pod mocnym, białym światłem wręcz cytrynowa, przy słabszym oświetleniu można nazwać jej barwę jasnozłotą. Aromat delikatny, głównie kwiatowy - wrzosowy, faktycznie pojawia się też bardzo słodki akcent, który można utożsamić z miodem; trochę wanilii i minimalna ziemistość, zero dymu - nieco zbyt nieśmiały, acz niezły; po pewnym czasie dochodzi trochę przypraw, które nieco ją rozruszają. W smaku bardziej zdecydowana, od początku dają się we znaki nieobecne w aromacie akcenty dymne - w ustach też nie są jakieś piorunujące, ale wyraźne; ogólnie jest dość ostra, pieprzowa, odrobinę nieułożona - w ostatnich łykach, po skropieniu wodą, zaczęła się pojawiać nuta słodka. Finisz na początek daje ostre uderzenie dymno-pieprzowe, a później powoli przechodzi w coś zupełnie innego, nuty niemal maślane - trochę to wszystko bez duszy, brak jakiegoś mocnego, ciekawego akcentu, choć jest to trunek przyjemny.

Jako że to jedyna standardowa whisky z tej destylarni, to mogę mówić o zawodzie. Z 12-letnią (nieco tańszą) The Glenlivet przegrywa w cuglach, tutaj mamy sympatyczny, smaczny destylat, ale bardzo daleki od zachwytu, za mało rozbudowany. Degustowałem ją z (jedynej posiadanej przeze mnie) małej butelki o pojemności 200 ml, wypiłem z niej jakieś ćwierć zawartości i myślę, że jeśli nie wpadnę w jakiś kolekcjonerski szał, to pozostałe 150 ml wystarczy mi do końca życia. Nie będę też raczej zbyt zapamiętale polował na inne wersje, choć jeśli jakaś akurat wpadnie mi w oko w sklepie i nie będzie za droga, to może się skuszę, by nie pozostawić Dalwhinnie bez drugiej szansy.

6,5/10