czwartek, 24 grudnia 2015

Jim Beam Original

Gościła już na blogu najsłynniejsza szkocka, najsłynniejsza irlandzka, najsłynniejsza whiskey w ogóle - czas domknąć kwartet najsłynniejszym bourbonem. Germanolubnych ucieszy zapewne ciekawostka, że pan Beam, który pod koniec XVIII wieku zaczął destylować swój bourbon i którego firma wpłynęła doniośle na losy tego trunku, był niemieckim imigrantem, a początkowo nosił nazwisko słynnego austriackiego dyrygenta - to Böhm stał się Beamem. Nie od niego jednak wzięło się imię w nazwie spółki - Jim był jego potomkiem, zdaje się, że prawnukiem, który wzniósł firmę na wyżyny. Jim Beam był potężną marką już w połowie zeszłego wieku, a dziś to najbardziej popularny bourbon świata i producent mnóstwa różnych trunków. Co ciekawe, niecałe dwa lata temu spółkę połknął japoński megakoncern alkoholowy, Suntory, którego dwa japońskie single malty miałem już sporą przyjemność tu degustować. Co również ciekawe, wciąż wokół tego producenta kręcą się potomkowie założyciela, obecnie siódme pokolenie (choć nazwisko już wygasło). Przygodę z Jimem Beamem rozpoczynam oczywiście od jego podstawowej wersji.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Jim Beam
Wersja: Jim Beam Original
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40%

Głęboki, bardzo ładny bursztyn. Zapach niemal stereotypowo bourbonowy - przyjemna, zaokrąglona, kukurydziana słodycz ze szczyptą kandyzowanych wiśni i ananasów miesza się tu z dębem bardzo świeżym i porządnie opalonym - niezbyt skomplikowany aromat i ciut za mocno alkoholowy, ale bardzo przyjemny. W ustach bardzo dębowo i dalej bardzo słodko, łagodnie - prosto, ale fajnie, taki czysty, przypalony dąb. Finisz zdaje się najpiękniejszy ze wszystkich etapów, kumuluje i intensyfikuje wszystko dotychczasowe, dodając od siebie jeszcze pomarańcze; jedyną jego wadą jest to, że jest trochę krótki, szybko urywa się w postaci neutralnych nut ziołowo-trawiastych.


Podobnie jak czarny Johnnie Walker i podstawowa wersja Jamesona, Jim Beam Original spisał się bardzo godnie, może nawet najgodniej z nich wszystkich. Daleko, daleko z tyłu zostaje jedynie beznadziejny Jack Daniel's. Przy swojej cenie i dostępności Jim Beam to bardzo, ale to bardzo dobry produkt i warto sobie to zapamiętać, jakby się kiedyś znalazło w potrzebie w miejscu, gdzie można dostać jedynie te najbardziej podstawowe alkohole. Inna sprawa, że nie bardzo jest się nad czym zachwycać.

7.0/10

poniedziałek, 30 listopada 2015

Hakushu 12 Years Old

Do dziś wspominam jedyną jak dotąd degustację japońskiej whisky w moim życiu - 10-letnia Yamazaki była jednym z najbardziej oryginalnych, nieprzewidywalnych i po prostu najlepszych trunków, z jakimi się spotkałem. Zdawało mi się jednak, że za szybko nie natrafię na drugiego japońskiego single malta. Po pół roku wyczaiłem jednak tę oto dwunastkę, również produkowaną przez koncern Suntory, ale w jego drugiej destylarni - Hakushu. W tej uroczo położonej gorzelni - u stóp Alp Japońskich, otoczonej lasem - powstają co najmniej cztery różne wersje whisky - Distiller's Reserve oraz wersje 12, 18 i 25-letnie. Co ciekawe, brzeczka fermentuje w kadziach z drewna przy użyciu nie tylko gorzelniczych, ale i piwowarskich drożdży.

Informacje ogólne:
Gatunek: japońska whisky single malt
Destylarnia: Hakushu
Wersja: 12 Years Old
Maturacja: 12 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 43%

Bardzo jasna, tylko trochę ciemniejsza niż cytrynowa. A propos cytryn, to są obecne w aromacie, ale przeważa nad nimi i nad wszystkim innym wyraziście zaznaczony dym, torfowy, z lekka naftowy - przyjemnie komponuje się z raczej słodową niż dębową słodyczą oraz rześkimi cytrusami i zielonymi jabłkami. Skropienie wodą wydobyło z niego duże dawki drewna. Przepiękny, barwny, intensywny i świeży aromat. W ustach bardzo łagodna, najwyżej lekko pikantna, a poza tym to bardzo słodka, bardzo kremowa, niemal maślana, z pozostającą nutką cytrusów - bardzo dobra. Finisz łączy w sumie wszystko, co się do tej pory przewinęło - jest kremowa słodycz, są cytrusy, ale jest i powrót do dymu - długi, bogaty, intensywny, bardzo ładny.

Trochę zawód, bo dwa lata młodsza Yamazaki była wyraźnie lepszą whisky. Bardzo mocne 8, ale jednak 8, co przy jej cenie jest średnio korzystne. Mimo wszystko dam kolejną szansę dowolnej japońskiej whisky single malt, na jaką się natknę, ale mam nadzieję, że nie będzie to Hakushu, relacja cena-jakość nie jest tu zbyt korzystna, choć jest w niej dużo piękna.

8.0/10

sobota, 28 listopada 2015

Buffalo Trace: Blanton's Special Reserve

Bourbon po raz trzeci, tym razem trafiłem na coś bardziej ekskluzywnego. Blanton's to jedna z wielu marek bourbonu, jakie wydaje destylarnia Buffalo Trace. Jej historia sięga drugiej połowy XVIII wieku, choć prawdziwie komercyjna produkcja zaczęła się w niej już w drugiej połowie następnego stulecia. W latach osiemdziesiątych jeszcze kolejnego wieku gorzelnia popadła w finansową ruinę, a z wybawieniem przyszedł gigakoncern alkoholowy Sazerac i dopiero od 1999 roku funkcjonuje ów zakład pod obecną nazwą, wcześniej wielokrotnie ją zmieniał.

Był okres, gdy destylarnia nosiła nazwę Albert B. Blanton Distillery. Można nazwać tego pana prekursorem idei bourbonu single barrel, a serię Blanton's, zaprojektowaną na jego cześć po latach - pierwszą tego typu na rynku. Pod tą marką ukazują się cztery różne whisky, Special Reserve jest chyba najmniej ekskluzywną z nich, sądząc po zawartości alkoholu.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Buffalo Trace
Wersja: Blanton's Special Reserve
Maturacja: w beczkach z białego dębu
Alkohol: 40%

Głęboki bursztyn. W aromacie dominuje dąb, z jednej strony typowy dla bourbonów - mocno przypalany, suchy i słodki w kukurydziany sposób zarazem, ale tutaj jakiś dużo bardziej szlachetny. Do drewna dołączają subtelne akcenty dymne oraz delikatne owoce - cytrusowe przede wszystkim. Słodko, ale z przełamaniem, dostojnie - nie wybitnie, lecz przyjemnie bardzo. W ustach przechyla się w stronę tych wytrawnych doznań, zwłaszcza dymu - dochodzi do niego pieprz i jest dość jednowymiarowo, ale dalej z dużą dozą subtelności. Na finiszu natomiast zaczyna się zabawa, bo do dymu dołączają rodzynki i wiśnie (acz delikatne). Trochę za ostra, ale bardzo dobra, przyjemna, szlachetna whiskey z charakterem.

Bardzo dobra whiskey, ale za tę cenę spodziewałem się co najmniej trochę więcej. Dużo tańsza Wild Turkey 101 bardziej mnie zdobyła. Wrócę jeszcze jednak do Blanton's na pewno, bo parę lat temu nabyłem najszlachetniejszą whiskey z tej serii.

7.5/10

niedziela, 15 listopada 2015

Heaven Hill Old Style Bourbon

Niemal dokładnie rok musiał minąć, bym drugi raz sięgnął po bourbon. Wild Turkey w swojej niespecjalnie ekskluzywnej wersji zrobił na mnie spore wrażenie i z ciekawością podchodzę do tego gatunku whiskey. Dziś jeszcze mniej ekskluzywny trunek Heaven Hill Old Style Bourbon, który nosi nazwę potężnego koncernu alkoholowego, mającego w swojej ofercie niezliczone marki przeróżnych destylatów, nie tylko whiskey. Spółka założona osiemdziesiąt lat temu, dziś jest siódmym największym producentem alkoholu w Stanach i drugim największym producentem bourbonu. Problem polega na tym, że na stronie tej korporacji nie ma najmniejszej wzmianki o trunku, który trzymam dziś w ręce - prezentują 17 różnych marek amerykańskich whiskey, ale o takiej pod własnym szyldem nie słyszeli. No cóż.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Heaven Hill
Wersja: Old Style Bourbon
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40% 

Bursztynowa barwa. Zapach bardzo prosty i typowy, ale przyjemny: kukurydziana słodycz lekko zmierzająca w stronę wiśni, mocno opalany dąb, węgiel; prosto, czysto, całkiem fajnie. W ustach już prostacko, pieprz, węgiel i pieprz, dość ostra. Na finiszu najpierw równie prostackie uderzenie pieprzem i benzyną, ale szybko zaczyna się robić zadziwiająco przyjemnie - wracają wiśnie, dochodzą inne słodkie posmaki, przypalony dąb uderza ze wzmożoną siłą, jeszcze do tego trochę trawy; mało wyrafinowana podróż, ale przyjemna.




Daleko tu do poziomu Wild Turkey. Pozytywny i przyjemny trunek, ale bardzo prosty, niewyrafinowany - zmieszanie go z colą bynajmniej nie jest konieczne, ale i nie byłoby profanacją. Może będę się rozglądał za takimi bourbonami, do których producenci się w ogóle przyznają.

6.5/10

poniedziałek, 2 listopada 2015

Johnnie Walker Black Label

Szkoda mi trochę czasu i pieniędzy na szkockie whisky mieszane. Przy bogactwie single maltów Szkocji nie ma sensu zagłębiać się w ich platońskie cienie, czyli blendy, zwłaszcza że różnica w jakości nie pociąga za sobą proporcjonalnej różnicy w cenie. Zrobię jednak wyjątek dla Johnniego Walkera po pierwsze ze względów sentymentalnych, a po drugie dlatego, że po prostu kupiłem już dość dawno temu parę różnych jego wersji i do dzisiaj trzymam. Konkretnie to właśnie Black Label jest dla mnie tak bardzo sentymentalnym trunkiem (bardziej sentymentalny jest tylko Jack D.), a powód tego jest prozaiczny - była to pierwsza whisky, którą wziąłem do ust. Nie powiem, żebym zakochał się od pierwszego wejrzenia, ale na pewno byłem zafascynowany od pierwszego wejrzenia - nie objęła mnie legenda o tym, jakoby whisky pita za pierwszym razem zawsze odpychała.

Johnnie Walker to marka każdemu doskonale znana, z całego świata destylatów poddaje się popularnością już chyba jedynie innej whisk(e)y, Jackowi Daniel'sowi (jakie te moje sentymenty mainstreamowe swoją drogą). Myślę, myślę i chyba nic nie przebija tej pary. "Tytułowy" Johnnie otworzył sklep spożywczy z alkoholami w wieku 15 lat w 1820 roku. Dopiero w latach 60., po legalizacji mieszania whisky, syn Johna, Alexander, postanowił produkować whisky. Walkerowie byli skazani na sukces od samego początku. W 1908 roku zaczęli sprzedawać swoją whisky w charakterystycznych, prostopadłościennych butelkach, w tym samym okresie pojawiło się równie charakterystyczne logo firmy, przedstawiającego idącego dżentelmena oraz whisky, które dziś znane są jako Red Label i Black Label, podstawowe wersje JW. W 1925 firma weszła w skład koncernu, który dziś nosi nazwę Diageo i jest jedną z największych organizacji biznesowych świata.

Dziś JW oferuje sześć podstawowych wersji: Red Label, Black Label, Double Black, Gold Label, Platinum Label i sławetną Blue Label, która szokuje ludzi swoją ceną (gdyby mogli zobaczyć, ile kosztują kilkudziesięcioletnie single malty...). Poza tym parę edycji specjalnych i super hiper ekskluzywnych. Z tych sześciu podstawowych piłem wszystkie poza Platinum, ale i ona czeka w szafie na swą kolej. Mam też w zanadrzu Green Label, wycofaną z produkcji parę lat temu, która w obliczu ubywania jej pozostałości z rynku zaczyna obrastać w wysokie ceny - może nawet ją sprzedam, jak tak dalej pójdzie, w końcu to tylko blend.

Zaczynam od czarnej - czerwoną pomijam, bo zdecydowanie nie jest to trunek, który zasługuje na picie go na czysto.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky mieszana
Producent: Johnnie Walker
Wersja: Black Label
Maturacja: poszczególne whisky starzone przez co najmniej 12 lat
Alkohol: 40%

Głęboki, może lekko jasny bursztyn. Zapach to proste, ale bardzo przyjemne połączenie dwóch części: pierwszą i prowadzącą jest dym, zaskakująco intensywny jak na popularnego blenda, choć łagodniejący z czasem; drugi zaś element jest przeciwstawnie słodki, dębowy, waniliowy, lekko słodowy. W ustach mniej więcej takie samo połączenie, tyle że robi się bardzo słono i dochodzi pieprz. Finisz już odpuszcza stronę słodką, pozostaje przy wyrazistym, słonym i pikantnym połączeniu dymu i pieprzu z dodatkiem drewna - prosto bardzo, ale i przyjemnie nieprzeciętnie.





Tym razem nie było bolesnego rozczarowania jak w przypadku Jacka. Czarny Johnnie Walker to naprawdę godna whisky, która jest w stanie konkurować z poślednimi single maltami - nawet z tych szesnastu, które tu już recenzowałem, jedna whisky wypadła gorzej od tego blendu. Wciąż uważam, że zdecydowanie nie warto - trochę więcej kasy na stół i mamy już choćby świetną, dużo lepszą 12-letnią The Glenlivet - aczkolwiek dużą zaletą Czarnego Jasia jest dostępność i może czasem uratować sytuację.

7.0/10

poniedziałek, 21 września 2015

Laphroaig 10 Year Old

Trzecia już destylarnia z Islay przede mną. Laphroaig, przez wiele osób uważana za najmocniej ukierunkowaną na torf ze wszystkich, powstała w początkach XIX wieku. W 1815 roku bracia Alexander i Donald Johnsonowie zaczęli destylować whisky, by dwadzieścia lat później podzielić się i zacząć ze sobą konkurować - pierwszy pod marką Lagavulin, drugi pod marką Laphroaig. Donald dwanaście lat później zmarł, wpadając do kadzi z zacierem. Kolejne kilkadziesiąt lat to prawne starcia obu destylarni. W końcu whisky zaczęła być bardzo wysoko ceniona, do tego stopnia, że była na rynku w trakcie prohibicji. W 1954 roku umarł ostatni Johnson, a prezesem została kobieta, dawna sekretarka destylarni, Bessie Williamson. Około dziesięciu lat później sprzedała firmę, która odtąd aż po dziś dzień pozostaje w rękach koncernów i korporacji, w międzyczasie stając się ulubionym trunkiem księcia Walii, Karola, który nawet podpisał w 1999 roku kilkanaście butelek swoim autografem.

Laphroaig destyluje whisky 10, 15, 18 i 25-letnie, a poza tym całą masę edycji specjalniejszych. Zaczynam przygodę oczywiście od najmłodszej.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Islay
Destylarnia: Laphroaig
Wersja: 10 Year Old
Maturacja: 10 lat w beczkach z amerykańskiego dębu
Alkohol: 40%

Jasnobursztynowa, klarowna. W aromacie bodaj najpiękniejsze wydanie torfu, z jakim się spotkałem - jest to torf niezwykle intensywny, ale i na swój sposób ciepły - oczywiście mnóstwo dymu, trochę jodyny, wodorosty, a pod spodem, mocniej się wczuwając, łatwo zauważyć waniliowo-przypalany spokój dębowej beczki (z czasem zdobywający coraz więcej pola) i ziarenko pieprzu, po jakimś czasie buchnęło kwiatami - genialny zapach. W ustach zaskakuje łagodnością - oczywiście dalej mnóstwo torfu, ale jednocześnie zupełnie nie pali, jest delikatna i oleista, dzięki czemu dobrze zbalansowana, dymno-drzewna. Na finiszu tylko niezbędne uderzenie pieprzem, a od razu po nim rewelacyjne odczucie potężnego, ale tak jak w zapachu zarazem przyjacielskiego torfu, który bardzo powoli wycisza się w rosnącym towarzystwie lekko anyżowej słodyczy.

Niemal genialna nawet bezwzględnie, a jak na swój wiek - wprost arcygenialna. Jednocześnie ekstremalnie torfowa, jak i urzekająco, czarownie spokojna, ciepła, przytulna. Dzieło sztuki, poproszę kolejne wersje.

9.0/10

czwartek, 6 sierpnia 2015

Sierra Milenario: Extra Añejo

Druga po czystej wódce odsłona cyklu "gatunki destylatów, których nie jestem fanem, ale chcę jednokrotnie zdegustować". Tym razem tequila. Ze wszystkich alkoholi, które mnie za bardzo nie interesują, tequila interesuje mnie bodaj najbardziej, trochę przez to, że niekiedy wlewa się ją do beczek, trochę też przez jej niebywałą doniosłość w kulturze tej starej, jak i tej zupełnie dzisiejszej - tequila zdobyła ostatnio na moje oko potężną popularność, nawet na polskich stołach pojawia się coraz częściej. Być może wypadałoby podejść do przynajmniej dwóch tequili - nieleżakowanej i leżakowanej w beczkach, ale chyba ograniczę się do tej drugiej, bliższej memu sercu wersji. Szarpnąłem się od razu na najszlachetniejszą odmianę destylatu z agawy, Extra Añejo, czyli leżakowaną co najmniej trzy lata w beczkach. Producent Sierra Milenario idzie kroczek dalej i przebija stawkę do czterech lat.

Informacje ogólne:
Gatunek: tequila
Kraj: Meksyk
Miasto: Guadalajara
Wersja: Extra Añejo
Maturacja: 4 lata
Alkohol: 41,5%

Ciemnozłota, głęboka barwa. W zapachu dominuje beczka, słodka, waniliowa beczka, nawet wchodzi w karmel; w tle charakterystyczne nuty soku z agawy, pojawia się też interesujący akcent przyprawowy, trochę pieprzny, trochę a la gałka muszkatołowa, ale bardziej pieprzny, z czasem coraz mocniejszy, wręcz dominujący - aromat dość prosty, ale całkiem przyjemny. W ustach również mocno pieprznie, przy czym nie jest to pieprzność oparta na ostrości jak zwykle, a na aromacie pieprzowym - znów prosto, ale znów miło. Wyjątkowo łagodna przy przełknięciu, prawie nie piecze w gardło, zaraz potem rozpościera intensywny finisz oparty na pieprzu, do którego stopniowo dochodzą nuty słodkie, karmelowe, waniliowe, nawet miodowe - bardzo sympatyczna rzecz, choć tak jak w zapachu i smaku, tak i na finiszu mało skomplikowana. 

Przyjemny trunek o profilu, jakiego się nie spodziewałem, wydaje mi się nawet, że niezbyt reprezentatywny dla tequili. Przyjemny, ale umiarkowanie złożony - dość powiedzieć, że do złudzenia przypomina nalewkę pieprzową (wzbogaconą o beczkę), którą zrobiłem trzy lata temu. Krótko mówiąc, za tę cenę (koło 200 zł chyba) dość bezsensowny zakup, bo zrobienie nalewki kosztowało mnie z dziesięć razy mniej, ale nie wstyd go komuś zaserwować. Na plus też warta odnotowania łagodność. Nie wykluczam, że dam jeszcze jedną szansę tequili, jakiejś białej, bo jak mówię - chyba mało reprezentatywny to był przykład. Ale zgłębiać świata tego trunku, mimo że trafiają się egzemplarze leżakowane w drewnie, nie zamierzam.

7.0/10

wtorek, 7 lipca 2015

Jack Daniel's Old No. 7

Destylarnia Jacka Daniela powstała w 1866 roku jako pierwsza gorzelnia w Stanach Zjednoczonych. Legendarna Old No. 7 powstała jeszcze pod koniec XIX wieku, a zakład, mimo trudności spowodowanych najpierw prohibicją w Tennessee (na jej czas przeniesiono produkcję do Alabamy i Missouri na prawie trzydzieści lat), a potem wojną, już w połowie XX wieku mógł poszczycić się doskonałymi wynikami sprzedaży, co trwa po dziś dzień, gdy podstawową wersję Jacka da się kupić niemal na całym świecie.

Najczęściej sprzedawana i najlepiej rozpoznawalna whiskey na świecie to trunek bliski mojemu sercu. Po pierwsze to chyba od niego zaczęło się w ogóle moje zainteresowanie destylatami i to jeszcze przed tym, jak pierwszy raz wziąłem do ust mocny alkohol (doświadczenia ze słabszym były też właściwie żadne). Jack przyciągnął mnie do siebie wizerunkiem, swą niepowtarzalną butelką z niepowtarzalną etykietą, które do dziś ubóstwiam (mimo nieco natarczywego wszędobylstwa) - sam wygląd sprawił, że bardzo tego chciałem spróbować, chociaż nie miałem nawet najmniejszego wyobrażenia, jak może smakować alkohol. Spróbowałem wielu innych rzeczy, zanim w końcu zetknąłem się z Jackiem, ale to od niego chyba się zaczęło. Po drugie, pierwsza butelka Jacka, jaką kupiłem, towarzyszyła mi bardzo aktywnie w być może najważniejszej i być może najpiękniejszej sekwencji godzin mojego dotychczasowego życia, a nawet, nie da się ukryć, to zawartość tej butelki pozwoliła tym godzinom stać się tak ważnymi i pięknymi. Do dziś przechowuję ją jak relikwię. Nie miałem już tej whiskey w ustach od paru ładnych lat, od tamtej pory spróbowałem wielu prawdopodobnie dużo lepszych trunków i ciekawi mnie, jak ta legenda wypadnie dzisiaj.

Informacje ogólne:
Gatunek: Tennessee whiskey
Stan: Tennessee
Destylarnia: Jack Daniel's
Wersja: Old No. 7
Maturacja: w świeżych beczkach, czas nieznany
Alkohol: 40%

Głęboki bursztyn, klarowne, bardzo ładne. Zapach bardzo słodki, wręcz wybitnie: cukier, kukurydza, anyż, a również wiśnie, które czułem już te lata temu; to na szczęście nie koniec, te umiarkowanie subtelne słodkości okala solidna dawka bardzo mocno przypalanego dębu; zapach jest stosunkowo nieskomplikowany i nie jakiś niebywale piękny, można mu zarzucić nawet prostactwo, ale bardzo sympatyczny i budzi we mnie takie wspomnienia, że nie umiem go nie lubić. W smaku niestety czar pryska - jest nawet nie średnio, ale kiepsko, a właściwie nie kiepsko, a beznadziejnie - w ustach jest wyjątkowo pusto, trochę palącej pieprzności i gorzkawy, żeby nie powiedzieć benzynowy posmak - tragedia. Finisz nie jest już tragiczny, ale i nic w nim specjalnie dobrego - mało wyrazisty, pustawy, trochę słodyczy, nieśmiałe próby powrotu do wiśniowości z zapachu i to już koniec, słabiutko, choć nie nieprzyjemnie.

Taak, to się nazywa brutalne rozprawienie z sentymentami. Jack Daniel's Old No. 7 to fatalny destylat. O ile zapach jest miły i przypomniał mi piękne chwile (zapach tę whiskey zresztą ratuje z otchłani), o tyle z trudem wypiłem te 30-40 mililitrów, które sobie nalałem. Nie spodziewałem się cudów, ale trochę to przykre, że już Stolichnaya Elit, reprezentantka znienawidzonego przeze mnie gatunku czystych wódek, wypadła w degustacji znacznie lepiej. Podstawowy Jack to niestety typowy alkohol do drinków, w czystej formie nadaje się tylko do wąchania.

3,5/10

czwartek, 2 lipca 2015

Glenkinchie 12 Year Old

Destylarnia Glenkinchie, jedna z nielicznych położonych w regionie Lowlands, posiada długą, choć mało ekscytującą historię. Już w 1825 roku dwóch farmerów założyło na terenie obecnej destylarni gorzelnię, którą po 1837 przechrzcili na destylarnię Glenkinchie. Teren wraz z zabudowaniami, nie zawsze wykorzystywany do produkcji whisky, zmieniał właścicieli tylko dwa razy - ostatni raz w 1914 roku, odkąd pozostawał w rękach spółek, z których stopniowego przeobrażania się pod koniec XX wieku wyłoniło się w końcu Diageo. Jedyne regularne wersje to 12-latka i Distiller's Edition. Glenkinchie nie jest specjalnie hołubioną whisky (choć nie ma też opinii złej), ale że było w zestawie Classic Maltów w małej butelce, to nie pozostaje mi nic innego, jak dać jej szansę.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Lowlands
Destylarnia: Glenkinchie
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 12 lat
Alkohol: 43%

Jasnozłota, klarowna. Pozornie prosta, ale przyjemna, ciepła, łagodna woń - trochę słodkich owoców, nuty ziemiste, poza tym dość banalna, ale czysta słodowość, lekki akcent dymu oraz jeszcze bardziej zwiewna nuta cynamonowa - nie ma fajerwerków, ale bardzo ładny doprawdy zapach; po skropieniu wodą bardzo uwydatnia się dąb, robi się iście drzewna. Również w ustach bardzo przyjemnie i dość zaskakująco, bo następuje ucięcie jakichkolwiek słodkości, na miejsce których wchodzi niespodziewanie duża ilość dymu, mocno słonego, doprawionego pieprznością; jest charakterna, ale w wysublimowany sposób - dolanie paru kropel wody łagodzi pieprzoność, ale jeszcze bardziej uwydatnia dym i słoność. Finisz podąża tropem odczucia w ustach, nie wraca do zapachu - słono, dymnie w specyficzny sposób, pod koniec drzewnie i może odrobinę słodko - trochę mało rozbudowany finisz, ale na wysokim poziomie; podobnie jak w ustach, zroszenie wodą jeszcze wzmaga słoność.

Prostolinijna (w miarę), ale bardzo przyjemna whisky. Jestem zaskoczony, okazała się trochę lepsza od 14-letniej Oban nawet, a 15-letnią Dalwhinnie wciągnęła nosem. Jak znajdę inną wersję, to wezmę ją na warsztat.

7,5/10

czwartek, 11 czerwca 2015

Oban 14 Year Old

Oban to jedna z najbardziej odizolowanych destylarni szkockiej whisky w całym kraju. Właściwie jedyna na zachodnim wybrzeżu głównego lądu, obok Ben Nevis jedna z dwóch, które zaliczają się do regionu zachodnich Highlands, do każdej sąsiedniej destylarni daleko. Jest też o tyle osobliwa, że znajduje się wśród zabudowań miasta, a nie na terenach pozamiejskich. Powstała w 1794 roku za sprawą rodziny Stevensonów i przyczyniła do rozwoju miasta Oban, które wówczas było wioską rybacką. Do 1866 roku pozostawała pod skrzydłami tej rodziny, po czym walała się od jednego do drugiego właściciele, by dziś wchodzić w skład, a jakże, Diageo.

Oban, destylarnia bardzo mała, oferuje tylko jedną regularną, rocznikową wersją: właśnie 14-letnią, którą mam przed sobą - i Distiller's Edition, choć oczywiście zdarzają się i bardziej specjalne wersje. Oban zajmuje ważne miejsce w moim sercu (choć jeszcze żadnej wersji nie próbowałem do dziś), bo jestem szczęśliwym posiadaczem 32-letniej edycji z 1969 roku, bezsprzecznie największej perły mojej kolekcji (i pewnie jednym z ostatnich posiadaczy, jako że ledwie 6000 butelek wyszło na świat już 13 lat temu). Nie mam pojęcia, jaka okazja musi się trafić, żebym ją otworzył, więc póki co skoncentruję się na podstawce.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: zachodnie Highlands
Destylarnia: Oban
Wersja: 14 Year Old
Maturacja: 14 lat
Alkohol: 43% 

Jasnobursztynowa, klarowna, prosta i ładna. Bardzo ładny, delikatny, ale bogaty zapach, łączący po trochę wszystkiego - rządzi bardzo przyjemna, okrągła słodowość, dalej spore ilości drewna leciutko tylko podszytego wanilią, ponadto trochę rześkości pomarańczy i może innych owoców, szczypta toffi, cukier trzcinowy, leciutkie smagnięcie dymem - piękna kompozycja, skropienie wodą za bardzo jej nie ruszyło, może trochę podbiło udział drewna. W ustach również dość słodko, rozgrzewająco, ale nie tak łagodnie, trochę pieprzowej mocy przenika, woda ją łagodzi. Pieprz zdobywa sobie również początkową fazę po przełknięciu, po czym zaraz whisky zmienia kierunek na bardzo intensywnie słodki, czekoladowo-owocowy - dla odmiany w porównaniu z zapachem, na finiszu jest dość prosto (pieprz i słodycz), acz również przyjemnie (podobnie jak w aromacie, skropienie wodą nic specjalnie nie zmieniło).

Troszkę zawód. Po 14 latach maturacji można oczekiwać odrobinę więcej. Podobnie jak już w paru innych podstawkach, smak nie nadążył za zapachem. Bardzo dobry trunek, ale trochę szkoda pieniędzy w obliczu wielu lepszych i równie kosztownych albo nawet tańszych single maltów, bo nie jest też specjalnie oryginalny. Mam tylko butelkę 0,2 (teraz jakieś 0,15) i innej kupować już nie zamierzam.

7.5/10

sobota, 6 czerwca 2015

Ardbeg Ten Years Old

W końcu coś ostro torfowego. Ardbeg należy do kręgu tych whisky, do których ciągnie mnie najbardziej, czyli właśnie takich. Należy też do świętej trójcy torfiaków obok Laphroaig i Lagavulin. Powstawała na przełomie XVIII i XIX wieku i od początku do dziś była raczej niewielką destylarnią, przez co być może tym bardziej kultową. Wpadała w różne ręce, miewała problemy finansowe, nawet niedawno, bo niespełna 20 lat temu została zamknięta (by zaraz powrócić do życia pod okiem nowego inwestora), ale dziś, wchodząc w asortyment koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy, wiedzie jej się świetnie, o czym świadczy fakt, że bardzo młode destylaty sprzedają się bez problemu po niewspółmiernie do wieku wysokich cenach.

Ja zaczynam przygodę od jeszcze w miarę taniej, jedynej w stałej ofercie wersji opatrzonej wiekiem, dziesięcioletniej. Pozostałe whisky z oferty Ardbega to różniste edycje specjalne o skomplikowanych nazwach.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Islay
Destylarnia: Ardbeg
Wersja: Ten Years Old
Maturacja: 10 lat
Alkohol: 46% 

Ekstremalnie jasna, bardziej biała (przezroczysta) niż żółta, lekko żółtawa, nawet nie słomkowa. W zapachu rządzi i dzieli absolutnie bezkompromisowy torf, dymny, słony, lekko jodynowy, cudownie wyrazisty; gdy pierwszy atak już przejdzie, a nos przyzwyczai się do torfu, wychodzą inne zapachy, jest trochę waniliowej słodyczy, ciepłego dębu, które dają dobrą kontrę; skropienie wodą łagodzi torf, kieruje zapach bardziej w stronę słodowo-dębową. W smaku również oczywiście dominuje dym, ale jest dość słodko, bardzo udana kompozycja. Finisz zaczyna się od niezwykle mocnego, wręcz zapierającego dech w piersiach walnięcia bardzo słonym, trochę podszytym morską wodą dymem połączonym z pieprznością, który przyjemnie skręca kubki smakowe; następnie wycisza się w fantastyczny sposób, łącząc ze sporą dawką karmelowo-miodowej słodyczy, po dolaniu wody trochę trawy i ekstremalnie gorzkiej czekolady - może odrobinę za prosta na genialną, ale wybitna whisky.

Przyznam, że liczyłem na odrobinę więcej, choć może to szaleństwo - ostatecznie to zaledwie dziesięcioletnia whisky i jak na ten wiek wynik jest wybitny, jeśli nie genialny. Może bardziej niż co do jakości zawiodłem się co do natężenia torfu - o ile jeszcze w zapachu było duże, o tyle w smaku jest mocno, mocno złagodzone sporą słodyczą. Jeśli chodzi o podstawowe wersje, to przegrywa tylko z dwa lata starszą Highland Park, i to nieznacznie.

8,5/10

poniedziałek, 18 maja 2015

Highland Park 12 Year Old

Highland Park to najbardziej wysunięta na północ destylarnia szkockiej whisky. Mieści się na surowych, bezdrzewnych, ale i pięknych Orkadach - już to nadaje jej pewnej tajemniczości, dystansu do całego świata, pewnej odrębności, indywidualności. Niedługo to się zmieni - powstaje już destylarnia Blackwood na Szetlandach, przy których wymienione przymioty Orkadów wydają się dość śmiesznie błahe (polecam porównać na mapie, Orkady są niemal przytulone do wyspy Wielkiej Brytanii, Szetlandy tymczasem leżą, można tak powiedzieć, mniej więcej w połowie drogi ze Szkocji do Norwegii, są kresem szkockich ziem). No, ale póki co tytuł dzierży Highland Park.

Ta ciesząca się wielką estymą wśród koneserów destylarnia powstała oficjalnie w 1825 roku, choć na butelkach prezentowana jest wcześniejsza, nieoficjalna data rozpoczęcia działalności na tych terenach, rok 1798. Szybko zaczęła odnosić sukcesy, zachwycając nawet głowy państw. W 1888 roku wykupił ją syn właściciela The Glenlivet, James Grant, i od tamtej pory ciągle z Grantsami jest związana, obecnie William Grant & Sons posiada, zdaje się, 50% udziałów. Da się kupić przeróżne wersje i nawet nie będę próbował ich wymieniać. Zaczynam od podstawowej dwunastki.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Orkady
Destylarnia: Highland Park
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 12 lat
Alkohol: 40%

Ładna, klarowna, gdzieś między ciemnym złotem i jasnym bursztynem. W aromacie początkowo na pierwszym planie ścisły splot potężnego dębu i słonawego (a la woda morska) dymu, do tego szczypta zdecydowanie kwiatowej i waniliowej słodyczy, zdobywającej sobie coraz więcej i więcej pola z czasem, aż w końcu wręcz wypierającej dym - może nie jakoś kosmicznie złożony, ale zachwycająco przyjemny zapach. W ustach jeszcze bardziej dymnie i jeszcze bardziej słono, tajemniczo, rozgrzewająco jeszcze przed przełknięciem. Na finiszu dym kontynuuje swoje dzieło, ale tu już łączy się stopniowo coraz bardziej ze słodyczą, trochę inną niż w zapachu, bardziej owocowo-karmelową; świetnie zbalansowana, ciepła i wielka, wybitnie przyjemna.

Z siedmiu dotychczasowo degustowanych podstawek szkockiej ta była zdecydowanie najlepsza, przebijając nawet The Glenlivet (ba, nawet 15-letnią The Glenlivet). Ze wszystkich osiemnastu trunków w ogóle plasuje się z kolei na miejscu trzecim, poddając się jedynie 16-letniej The Glenlivet Nadurra i klasycznej 18-letniej The Glenlivet. Wybitny wynik jak na 12-letnią whisky i spodziewam się cudownych rzeczy w starszych wersjach. Niesamowity balans na finiszu. Piękność.

8,5/10

Bushmills 10 Year Old

Pierwszy raz na blogu irlandzka whiskey single malt. Destylarnia Bushmills to ikona irlandzkiego gorzelnictwa. Można chyba powiedzieć, że największa, mimo że Jameson produkuje zdecydowanie najbardziej popularną irlandzką na świecie - ma on jednak chyba trochę bardziej kosmopolityczne oblicze i jest mniej ceniony. Bushmills to jednak również jedyna destylarnia na wyspie (z czterech), która mieści się w obrębie nie Republiki Irlandii, a Zjednoczonego Królestwa (państwa niezbyt rozsądnie nazywanego w Polsce "Wielką Brytanią"), to znaczy w Irlandii Północnej, a nawet na jej północnym wybrzeżu, blisko Szkocji. Na butelkach destylarnia chwali się rokiem 1608, co czyniłoby z nią najstarszy taki obiekt na świecie, ale oczywiście jest tu trochę, a właściwie niesamowicie dużo naciągania - istotnie właściciel ziemi uzyskał wtedy licencję na destylowanie, ale z jakichś powodów destylarnia zaczęła funkcjonować dopiero... w 1784 roku, prawie 200 lat później. Od tamtego czasu wpadała w ręce różnych właścicieli, lawirując od międzynarodowej sławy do skraju bankructwa - ostatecznie w XXI już wieku dostała się pod skrzydła Diageo.

Wytwarza się tu zarówno blendy, jak i single malty - 10, 16 i 21-letnie. Zaczynam od razu od singli.

Informacje ogólne: 
Gatunek: irlandzka whiskey single malt
Destylarnia: Old Bushmills Distillery
Wersja: 10 Year Old
Maturacja: 10 lat w beczkach po bourbonie
Alkohol: 40%


Jasnozłota, klarowna. Bardzo przyjemny, zdecydowanie słodki zapach; rządzą owoce - jabłka, gruszki, białe winogrona, jeszcze więcej jabłek, a do tego pokaźne ilości wanilii, nuty biszkoptowe i mamy doprawdy deserowy aromat; wspaniała symfonia słodyczy. W ustach dość łagodnie, dalej raczej słodko, choć wchodzi lekka nuta pieprzowa - umiarkowanie ciekawie. Po przełknięciu zaskakuje przeskoczeniem z dotychczasowej słodyczy i łagodności na wytrawne, ostre, mocno pieprzowe uderzenie, po którym następuje wyciszanie się w stronę nut lekko owocowych, bardziej ziołowych - mniej ekscytująco niż w zapachu.



Lekko się rozczarowałem, choć w sumie jak na 10 lat to jest to bardzo dobry, jeśli nie świetny wynik - po prostu chyba spodziewałem się nie wiadomo czego po potencjalnie najlepszej irlandzkiej destylarni. Cóż, uderzę w starsze wersje, może odnajdę nie wiadomo co.

7,5/10

środa, 6 maja 2015

The Glenlivet Nàdurra 16 Year Old

To już czwarta whisky z The Glenlivet, często na nie trafiam. Po trzech świetnych wersjach z głównej serii nie udało mi się zdobyć następnej na liście wersji 21-letniej, ale za to znalazłem jedną  z edycji Nàdurra. Ma być ona bardziej naturalna w stosunku do klasycznej serii - whisky te są destylowane za pomocą dziewiętnastowiecznych technik (cokolwiek to oznacza), niefiltrowane i nie obniża się w nich zawartości alkoholu, utrzymując je w mocy cask strength.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Speyside
Destylarnia: The Glenlivet
Wersja: Nàdurra 16 Year Old
Maturacja: 16 lat w beczkach po bourbonie
Alkohol: 55,5%

Bardzo jasna, słomkowa, wręcz cytrynowa. W zapachu niesamowicie narzuca się swoim pięknem, nie trzeba w ogóle czekać na rozwinięcie - od pierwszego pociągnięcia nosem wspaniałe połączenie słodyczy z rześkością, cudownie intensywne nuty kwiatowe (bez!) i owocowe, cytrusowe nawet, do tego biszkoptowo-miodowa słodycz, leciutki dym, duże dawki wanilii, właściwie brak alkoholu; po skropieniu wodą do tego wszystkiego dołączyły duże ilości dębu - genialny zapach, po prostu genialny. W ustach przed dolaniem wody bardzo intensywna, pieprzna, ale o dziwo nie w agresywny sposób; po dolaniu wody łagodniej, ale w dalszym ciągu bardzo pieprznie, choć jednocześnie wchodzi miodowa słodycz. Finisz mimo potężnej mocy nawet na samym początku nie jest wyłącznie gryzący, już w momencie przełykania dostajemy słodką, owocową bombę, później wycisza się w stronę dębu, niesamowicie bogatego dębu; w wersji ze skropieniem wodą finisz został we wspaniały sposób opanowany przez połączenie wiśni i czekoladowej słodyczy, jednocześnie dalej dużo dębu, lekko przypalanego - coś niesamowitego, genialna whisky.

Póki co zdecydowanie numer jeden ze wszystkich trunków degustowanych na blogu. Fascynująca whisky, która pokonała bezwzględnie trzy poprzednie wersje The Glenlivet, w tym dwa lata starszą. Rzadko spotykane bogactwo smaków. Mam nadzieję, że upoluję coś nowego z tej destylarni. Last, but not least - została zabutelkowana w lipcu 2012 roku, co ma dla mnie wielkie znaczenie sentymentalne.

9,5/10

piątek, 17 kwietnia 2015

Dalmore 12 Year Old

Destylarnia Dalmore znajduje się w środku być może najbardziej zagęszczonego od destylarni whisky obszaru Highalnds. Powstała w 1839 roku za sprawą Alexandra Mathesona, handlarza herbatę i opium, który założył ją po wybuchu wojen opiumowych. W 1886 roku przeszła na własność szlacheckiej rodziny Mackenzie, a w trakcie pierwszej wojny światowej służyła za fabrykę min głębinowych, co zakończyło się eksplozją, która zniszczyła większość zabudowań - dopiero w 1922 udało się je odbudować. W 1960 połączyła się z firmą Whyte & Mackay, z którą Mackenzie od dawna utrzymywali dobre stosunki. Od 1990 Whyte & Mackay była obracana między różnymi korporacjami, od 2014 roku wchodzi podobno w skład jednej ze spółek holdingu Alliance Global Group.

Jeśli chodzi o normalne wersje, Dalmore oferuje 12, 15 i 18-letnią oraz edycje Cigar Malt Reserve i King Alexander III (od tego władcy rodzina Mackenzie otrzymała tytuł szlachecki). Destylarnia słynie jednak zwłaszcza z ultraeksluzywnych edycji, będących poza zasięgiem większości nawet tych najbardziej zapalonych miłośników whisky, którzy gotowi przeznaczać na ten trunek większość swoich funduszy. Jest (albo było) ich całe mnóstwo, niektóre w ekstremalnie małych ilościach, z czego kwintesencją jest Dalmore Trinitas - mieszanka whisky z 1868 (!!!), 1878, 1926 i 1939 roku, której na świat wyszły dosłownie trzy butelki, a jedna z nich została sprzedana za sto tysięcy funtów brytyjskich. Wracając na ziemię, czas otworzyć wersję 12-letnią.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: północne Highlands
Destylarnia: Dalmore
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 9 lat w beczkach z białego dębu amerykańskiego po bourbonie, następnie połowa destylatu w beczkach po 30-letnim sherry oloroso Matusalem, a połowa dalej w beczkach po bourbonie
Alkohol: 40% 

Ciemna, ciemnobursztynowa, sprawia potężne wrażenie, piękna. W intensywnym aromacie dużo dość mocno przypalanego dębu z subtelnym, słodkim dodatkiem owoców na czele z pomarańczą; trochę dymu i sporo karmelu, od pewnego momentu zaczęła buchać jakby maślanymi ciastkami; w świetny sposób łączy dębową pełnię ze świeżością, bardzo ładny zapach. W smaku bardzo łagodna, drzewno-dymna z tylko naprawdę minimalną szczyptą pikanterii, bardzo ułożona i gładka, rozgrzewająca, oleista - spokojna w dostojny sposób. Nawet przełknięcie nie przynosi najmniejszej agresji, finisz zaczyna się od spokojnego dymu, podobnego co w ustach, lekkiej ziemistości, potem nadchodzi smagnięcie goryczki, a w końcu zaczyna się wyciszać w stronę nut słodkich, owocowych, pomarańczowych - piękna whisky, dostojna, powoli się rozpościera.

Uroczy, niezwykle gładki, łagodny destylat, rzadko whisky jest aż taka delikatna, a jednocześnie pełna smaku. Taka w sam raz na spokojny wieczór przy kominku bardziej niż na ożywioną, nocną, filozoficzną dysputę. W rankingu wersji podstawowych z dotychczasowo recenzowanych The Glenlivet, Dalwhinnie, Taliskera, Royal Lochnagar i Bunnahabhain przyznałbym jej drugie miejsce po The Glenlivet.

8.0/10

czwartek, 5 marca 2015

Jameson Select Reserve

Szybko powracam do słynnego irlandzkiego Jamesona, który swoją podstawową wersją nie podbił na pewno mojego serca, ale zaciekawił, bo była zaskakująco dobra jak na tak powszechny trunek, który można dostać nawet w zwykłych spożywczakach. Select Reserve, kolejny stopień wtajemniczenia, to mieszanka whiskey pot still z niewielką ilością whiskey zbożowej.

Informacje ogólne: 
Gatunek: irlandzka whiskey
Destylarnia: Midleton
Wersja: Select Reserve
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40%


Jasnobursztynowa, w pełni klarowna, prosta, ale ładna. Zapach łączy dwa przeciwstawne oblicza - ciężką, starą, mocno przypaloną beczkę dębową oraz młodą, świeżą, słodką owocowość, pomarańcze, banany, morele; z czasem to drugie oblicze zaczyna dominować; dużo wanilii; zapach nie oszałamiający, ale bardzo, bardzo przyjemny. W smaku podobnie, choć zwiększa się udział dymu, ale dalej jest dość słodko, owocowo, bardzo przyjemnie i dość łagodnie. Finisz zaczyna się od delikatnego podrażnienia pieprzem, a później rozchodzi znów w słodycz, choć nieprzesadzoną - o dziwo stanowi najmniej ekscytującą część, jest miły, ale dość prosty, żeby nie rzec prostacki.


Tylko trochę lepszy od podstawki, ale w sumie mogłem się tego spodziewać, jest niewiele droższy. Nie widziałem nigdy w Polsce wersji rocznikowych, ale będę na nie polował.

7,5/10

niedziela, 1 marca 2015

Yamazaki 10 Year Old

Odkrywając świat whisky, być może najbardziej zadziwiającą informacją jest wysoka w nim pozycja Japonii. Ten ani bliski Szkocji, ani nawet anglojęzyczny kraj cieszy się o dziwo chyba największą estymą ze wszystkich państw po wiadomym brytyjskim hegemonie. Niektórzy mówią, że to dlatego, iż Japończycy swoim zwyczajem postanowili kopiować szkocką, inni twierdzą, że to niesprawiedliwy osąd, a w Japonii od samego początku starano się stworzyć swój własny styl. A zaczęło się to w 1923 roku, gdy Shinjiro Torii (od którego nazwiska wzięła się nazwa firmy Suntory, największego alkoholowego giganta w Japonii), zajmujący się sprzedażą alkoholu jeszcze od XIX wieku, postawił niedaleko Kioto pierwszą destylarnię whisky w kraju. Po zawirowaniach przez przegraną wojnę światową, w 1982 roku na świat została wypuszczona pierwsza japońska whisky single malt, a na imię jej było 12-letnia Yamazaki.

Dziś pod tą marką produkuje się również wersje 18-letnią, 25-letnią i Distiller's Reserve. To by oznaczało, że trunek, którym się dziś zajmę, nie istnieje - strona internetowa Yamazaki nie przyznaje się do 10-letniej whisky, nie wiem czemu. Pojawia się natomiast w wielu profesjonalnych recenzjach i bez wątpienia nie jest żadną podróbką, więc nie będę wybrzydzał, zwłaszcza że to jedyna japońska single malt, jaką w Polsce spotkałem.

Informacje ogólne:
Gatunek: japońska whisky single malt
Destylarnia: Yamazaki
Wersja: 10 Year Old
Maturacja: 10 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 40%

Bardzo jasna, jasnozłota, nie ma nawet mowy o choćby błysku bursztynu. W zapachu lekka i świeża, ale i z ostrzejszą, zadziorniejszą nutą; pachnie kwiatami, gruszkami, słonecznikiem, zbożem i marcepanem, pieprzem, a po jakimś czasie dochodzi dąb - niezwykła złożoność, nie jest przy tym aż tak przyjemna, jak ciekawa, acz bardzo przyjemna również. W ustach znienacka odpala bombę dymu, nieobecnego zupełnie w zapachu - bardzo ułożona, łagodna mimo intensywności dymu, wręcz słona, bardzo ciekawa. Ale najciekawsze nadchodzi w momencie przełknięcia, gdzie najpierw ta słoność bardzo się nasila, a nagle momentalnie przeradza w intensywną, wprost miodową słodycz, która rozpływa się w kierunku nut anyżkowych, ziołowych - niezwykła podróż, bardzo przyjemna, choć jeszcze bardziej ciekawa.

Ale zaskoczenie. To jeden z bardziej niesamowitych, bardziej zmiennych i barwnych trunków, z jakimi się spotkałem. Doprawdy warto zgłębiać japońską whisky, skoro byle 10-letnia podstawka, którą nawet nie chwalą się w Internecie, stoi na takim poziomie. Szkoda tylko, że w Polsce będzie to raczej trudne.

8,5/10

Bunnahabhain 12 Year Old

Jak wielu miłośników whisky, tak i mnie ciągnie chyba najbardziej na wyspę Islay, do jej torfowych bogactw. Święta trójca torfu, Ardbeg, Lagavulin i Laphroaig, a również nieco łagodniejsze Caol Ila i Bowmore to olbrzymie marki, dziś zajmę się jednak mniej znaną - bo najłagodniejszą, w większości swoich wersji niemal wypraną z torfu - whisky o uroczej nazwie Bunnahabhain. Destylarnia nie ma oszałamiającej historii, od początku była w posiadaniu dużych spółek, została wybudowana w wyludnionej, północno-wschodniej części wyspy - dopiero dzięki niej teren ten się zaludnił. Za jedyną anegdotę niech posłuży to, że w trakcie budowy znaleziono na plaży skrzynkę z ludzkimi kośćmi, a po paru dniach huragan zniszczył dotychczasowe prace.

Przez długi czas Bunnahabhain była tylko elementem blendów, a jeszcze na początku XXI wieku jedynym oferowanym single maltem była wersja 12-letnia. Dziś w sprzedaży są również destylaty o wieku 18, 25, a nawet 40 lat oraz parę edycji specjalnych. Zaczynam oczywiście od tej pierwotnej (nie zauważyłem zresztą nigdy w Polsce starszej).

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Islay
Destylarnia: Bunnahabhain
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 12 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 46,3%

Złota, nawet momentami jasnozłota, choć bardziej wchodzi w głębokie, pełne złoto; nie jest całkiem klarowna. Bardzo intensywny, dość słodki zapach, z subtelnym, ale i konkretnym smagnięciem torfowego dymu; słodycz natomiast pochodzi przede wszystkim od beczkowej wanilii (pojawia się nawet piernik, przyprawy korzenne), w mniejszym stopniu od owoców, które przy jednym pociągnięciu nosem są, przy drugim już ich nie ma; do tego nuta morskiej wody; łagodna, ale piękna, wprost znakomita kompozycja. W ustach mocno pieprzna, bardzo słona jakby od morskiej wody, dość prosta; po dolaniu wody ujawnia natomiast sporą słodycz - przyjemnie wybucha, ale nic ponadto. Na finiszu początkowo jest dość podobnie - najpierw duża pikantność, potem ściana tej charakterystycznej słoności, a potem proste wyciszanie się w kierunku nut drzewnych - może za zasługą czasu, a może skropienia wodą (bardzo warto to zrobić) zrobiło się dużo ciekawiej - w końcowym stadium finiszu raz weszły pomarańcze, nawet czekolada z pomarańczami, a po następnych łykach intensywne wodorosty, w zasadzie z każdym łykiem wydawała się coraz lepsza i coraz bardziej złożona - bardzo dobra, choć może nie wybitna.

Bardzo przyjemna whisky, ale trzeba jej dać trochę czasu i warto skropić wodą. Pierwsze łyki mnie rozczarowały, ale nabrała magii i nie ustąpiła innej wyspiarskiej podstawce, 10-letniemu Taliskerowi. Ciekawe, co jest dalej, ale jak pisałem, nie widziałem starszych wersji na półkach.

8,0/10

sobota, 21 lutego 2015

The Glenlivet 18 Year Old

Trzecia już wersja The Glenlivet, od której zacząłem przygodę z tym blogiem. Najpierw zachwyciłem się 12-letnią, potem trochę rozczarowałem 15-letnią, bo wcale nie była wyraźnie lepsza od podstawki - mam nadzieję, że osiemnastka będzie już sporym krokiem naprzód.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Speyside
Destylarnia: The Glenlivet
Wersja: 18 Year Old
Maturacja: 18 lat w beczkach z dębu europejskiego i amerykańskiego
Alkohol: 43%

Głęboki do jasnego bursztyn - dość majestatyczna. Bardzo intensywna, wyrazista woń - z jednej strony bardzo rześka od owoców, z drugiej masywna od beczki, dymu, karmelu; naprawdę bardzo, ale to bardzo wiele się tu dzieje: pomarańcze, kandyzowane pomarańcze, karmel, wręcz toffi, gruszki, dużo wanilii, smagnięcie dymem, dąb, przyprawy - genialny aromat, dość lekki, słodki. W ustach pokazuje pazury, owoce muszą się oddalić (choć słodycz zostaje) na rzecz dymu, kwaskowatości i pieprzności, ogólnie dość agresywna, może trochę zanadto; po dolaniu paru kropel wody zyskuje, robi się przyjemnie korzenna. Finisz rozpoczyna się od potężnego natarcia pikanterii, lekko paraliżującego, agresywnie pieprznego, ale w korzystny sposób; rozchodzi się powoli, w stronę nut owocowych, tu bardziej jabłkowych, korzennych, dębowych, znów robi się bardzo słodko - cudownie przyjemna.

To zdecydowanie najlepsza whisky spośród tych trzech, ale wciąż nie jakoś niebywale lepsza od poprzedniczek. Zachwycając się świetną dwunastką, liczyłem, że na etapie osiemnastki będzie już genialnie - genialnie jeszcze nie jest, acz wybitnie na pewno. Starszych wersji już w Polsce nie widziałem, ale widziałem edycje specjalne, jak Nadurra i zapewne one będą następnym krokiem w zgłębianiu tej świetnej destylarni.

9,0/10

środa, 11 lutego 2015

Armagnac Saint-Vivant

Najstarszy spożywczy destylat świata nie doczekał się wielkiej popularności wśród mas. Nie ma chyba dorosłego, cywilizowanego człowieka, który nie słyszałby o koniaku, whisky, rumie czy wódce - nawet jeśli nie bardzo wie, co to tak naprawdę jest i z czym to się je, prawie na pewno będzie wiedział, że to jakieś napoje alkoholowe. Choć według znawców nie ustępuje w niczym koniakowi czy innym brandy, a wśród pasjonatów świata trunków budzi być może nawet większy entuzjazm, armaniak pozostaje natomiast niszowy, w przeciętnym człowieku jego nazwa budzi jedynie niezrozumienie. A od niego przecież wszystko się zaczęło. Brandy ceniona nie tylko za walory smakowe, ale również za to, że jego świat w niezrozumiały sposób nie został wchłonięty przez korporacje (w zupełnym przeciwieństwie do koniaku), w Polsce jest równie popularny, co dostępny, czyli prawie wcale. Prezentowana dzisiaj wersja to jedna z zaledwie dwóch różnych butelek armaniaku, jakie udało mi się zobaczyć w całym Wrocławiu.

Ciężko nawet znaleźć jakieś specjalne informacje o tym, co zdobyłem. Strony internetowej Saint-Vivant brak, z różnych źródeł można wyczytać, że to jedna z najstarszych destylarni armaniaku, a niezwykła butelka ma naśladować taką, w jakiej trunek lądował w XVI wieku. Można znaleźć na zagranicznych stronach inne wersje, nawet rocznik 1937, wyceniany na cztery tysiące złotych (podejrzanie mało, porównując z whisky czy koniakiem). To, co zdobyłem, to prawdopodobnie najbardziej podstawowa wersja. Cóż, a więc niech przemówi trunek, nie opowiadania.

Informacje ogólne:
Gatunek: armaniak
Destylarnia: Saint-Vivant
Wersja: podstawowa, bez nazwy
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40%

Barwa od jasnego do ciemnego bursztynu. Świetny, intensywny, bardzo wyrazisty i zachęcający aromat, stanowiący syntezę bardzo rześkich, świeżych nut owocowych na czele z jabłkami, gruszkami i winogronami z ciepłym zapachem mocno opalanej dębowej beczki - jest to niemal zapach palącego się w kominku drewna, piękny aromat, podchodzący z tą ognistością wręcz pod niebywały. W ustach jest już nie ognisty, a raczej intensywnie dymny, przyjemny, lekko oleisty, dość łagodny, aczkolwiek tu już zdecydowanie nie tak bogaty jak w zapachu. Finisz na początku agresywny, mocno pieprzny, palący, najciekawiej natomiast robi się po paru chwilach, gdy powraca do tej drzewnej ognistości i (tu już w dużo mniejszej ilości) nut owocowych, pozostawiając bardzo przyjemne uczucie rozgrzania, na tym etapie robi się też całkiem słodko - piękny.

Jestem pod bardzo dużym wrażeniem, bo skoro tak smakuje podstawowa wersja, to starsze muszą być naprawdę genialne. Świetny trunek, idealny do powolnego sączenia przy kominku, bo sam zapach z kominka przypomina. Przy tym poza jednym momentem bardzo łagodny, no nie mogę pozbyć się tego słowa, wręcz... przytulny. Szkoda tylko, że tak ciężko będzie zdobyć inne wersje. Dodam, że w porównaniu do pitych przeze mnie brandy, armaniak wydał mi się stosunkowo mocno zbliżony do szkockiej whisky, zapewne przez spore dawki dymu.

8,5/10

piątek, 23 stycznia 2015

Jameson

Spotkania z irlandzką whiskey rozpocznę od podstawowej wersji bezwzględnie najbardziej rozpoznawalnej marki tego trunku, marki Jameson, którą śmiało można by nazwać irlandzkim Jackiem Daniel'sem czy Johnniem Walkerem. To oczywiście nie aż taki kolos, ale spośród irlandzkich całkowicie dominuje w światowej popularności - ponad połowa sprzedawanego na świecie tego trunku to właśnie Jameson. Marka wchodzi w skład Irish Distillers, koncernu gorzelnianego, który produkuje irlandzkie whiskey również pod bardzo wieloma innymi markami. Historia whiskey Jameson sięga roku 1780, gdy Szkot John Jameson wybudował lub odkupił w Dublinie gorzelnię, a po około stu latach przedsiębiorstwo to było największym irlandzkim producentem whiskey. W 1975 roku produkcja została przeniesiona do kompleksu Midleton, serca istniejącej już niespełna dekadę Irish Distllers Group. W 1988 przejął całą spółkę alkoholowy megakoncern Pernod Ricard i jemu podlega do dziś.

Dziś pod marką Jameson produkuje się kilka różnych blendów - podstawkę oraz całą gamę "reserve'ów", "vintage'ów" i tym podobnych. Najmniej ekscytuje mnie ta podstawka, ale trzeba od niej zacząć.

Informacje ogólne: 
Gatunek: irlandzka whiskey
Destylarnia: Midleton
Wersja: podstawowa, bez nazwy
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40% 


Jasnozłoty, niemal cytrynowy, przyjemny kolor, choć trochę niepozorny. Aromat bardzo świeży, chciałoby się powiedzieć "młody" - ziołowy, niemal trawiasty, z pewnym dodatkiem niespecjalnie finezyjnych, ale bardzo świeżych kwiatów, może też smagnięcie słodkimi gruszkami lub jabłkami i nuta wody morskiej, szczypta dębu; przede wszystkim jednak zioła, rześki i lekki, przyjemny i nawet dość złożony, acz nie powalający. W ustach cięższa, dużo bardziej beczkowa, drzewna, nie jest już raczej słodka, a pikantna, pieprzna - tu z kolei nabrała wyrazistości i ciała, ale straciła na bogactwie, niemniej jednak przyjemnie rozgrzewa, nie ma w niej fałszywych nut, jest prosta, ale dobra i konkretna. Finisz w zasadzie to kontynuuje, bardzo podobny do tego, co dzieje się w ustach - najpierw mocne, ostre wręcz uderzenie pikantnością, a później stopniowe wyciszanie się z powrotem w stronę nut dębowych, a jeszcze dalej do ziołowych i słodkich - dobry, uczciwy trunek bez wielkich uniesień.

Jak na bądź co bądź mało ekskluzywną wersję blended whiskey, produkowaną na gigantyczną skalę, wynik jest bardzo pozytywny. Nie jest to trunek ekscytujący, ale taki... godny, uczciwy, no nie wstyd go zaserwować. Dobrze rokuje, chętnie sięgnę po te ciekawsze edycje.

7.0/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Havana Club Añejo 7 años

Rum musi jeszcze ustąpić miejsca brandy, ale po niej i po whisky jest najbardziej interesującym mnie destylatem, ma więc miejsce na podium i pojawi się tu nieraz. Dziś jest ten pierwszy. Nie piłem w życiu wiele rumów, w zasadzie pamiętam tylko 8-letnią wersję Bacardi, choć prawie na pewno były jeszcze jakieś inne - ten trunek zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i wiele sobie obiecuję po innych rumach.

Zaczynam dość tradycyjnie, bo od rumu od kubańskiej firmy Havana Club, jednej z najpopularniejszych marek tego trunku w Polsce i na świecie - mają nawet polską stronę internetową (niestety widać na niej mocno korporacyjne podejście, próżno szukać historii czy szczegółów na temat maturacji). Pod tą nazwą funkcjonuje od 1934 roku, ale destylarnia powstała już w 1878. W 1960 została znacjonalizowana przez Fidela Castro, a od 1994 roku 50% udziałów państwo kubańskie sprzedało alkoholowemu megakoncernowi Pernod Ricard. Obecnie poza wersjami przeznaczonymi do drinków pod tą marką produkuje się kilka rumów ciemnych, z których wersja 7-letnia wydaje się jedną z bardziej podstawowych. Wytwarzane są z melasy.

Informacje ogólne:
Gatunek: rum
Kraj: Kuba
Miasto: Santa Cruz del Norte
Wersja: Añejo 7 años
Maturacja: 7 lat
Alkohol: 40%

Ładna barwa bursztynu, który można, choć nie trzeba nazwać nieco jasnym - klarowny, wyrazisty. Bardzo przyjemny, słodki, ale nie do przesady zapach; spore dawki karmelu i wanilii, dużo niezwykle wyrazistego dębu, przechodzi wręcz w nutę nie tyle dymu, co palącego się drewna, a wszystko kończy się lekką przyprawowością; aromat może nie najwyższej szlachetności, ale niezwykle miły. Nie da się ukryć, że w ustach traci sporo walorów - przepada gdzieś ta złożoność, jest dość jednolity, słodkawo-kwaskowaty, minimalnie czekoladowy, trochę ziołowy - w porządku, ale niczego nie urywa; jakąś zaletą jest bardzo duża łagodność, nie czuć tych czterdziestu procent. Najsłabiej wypada finisz - zły nie jest, ale mało ciekawy, co najwyżej lekko przyjemny i to raczej dzięki rozgrzaniu niż walorom smakowym; nic się na nim dzieje, troszkę pikantności, troszkę dębu, ziół i to już koniec.

No zawód spory. Solidny trunek i to wszystko, z nęcącym zapachem, ale przeciętnym smakiem - nie tak zapamiętałem inne rumy, a ten raczej był z tej samej półki co te, które już piłem. Jest jak najbardziej porządny, ale umiarkowanie ciekawy i sam pozostałej zawartości butelki na pewno nie wypiję nawet przez całe życie. Być może dam jeszcze drugą szansę Havanie, bo wybór rumów w Polsce jest mocno ograniczony w przeciwieństwie do whisky. 

6,0/10