piątek, 23 stycznia 2015

Jameson

Spotkania z irlandzką whiskey rozpocznę od podstawowej wersji bezwzględnie najbardziej rozpoznawalnej marki tego trunku, marki Jameson, którą śmiało można by nazwać irlandzkim Jackiem Daniel'sem czy Johnniem Walkerem. To oczywiście nie aż taki kolos, ale spośród irlandzkich całkowicie dominuje w światowej popularności - ponad połowa sprzedawanego na świecie tego trunku to właśnie Jameson. Marka wchodzi w skład Irish Distillers, koncernu gorzelnianego, który produkuje irlandzkie whiskey również pod bardzo wieloma innymi markami. Historia whiskey Jameson sięga roku 1780, gdy Szkot John Jameson wybudował lub odkupił w Dublinie gorzelnię, a po około stu latach przedsiębiorstwo to było największym irlandzkim producentem whiskey. W 1975 roku produkcja została przeniesiona do kompleksu Midleton, serca istniejącej już niespełna dekadę Irish Distllers Group. W 1988 przejął całą spółkę alkoholowy megakoncern Pernod Ricard i jemu podlega do dziś.

Dziś pod marką Jameson produkuje się kilka różnych blendów - podstawkę oraz całą gamę "reserve'ów", "vintage'ów" i tym podobnych. Najmniej ekscytuje mnie ta podstawka, ale trzeba od niej zacząć.

Informacje ogólne: 
Gatunek: irlandzka whiskey
Destylarnia: Midleton
Wersja: podstawowa, bez nazwy
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40% 


Jasnozłoty, niemal cytrynowy, przyjemny kolor, choć trochę niepozorny. Aromat bardzo świeży, chciałoby się powiedzieć "młody" - ziołowy, niemal trawiasty, z pewnym dodatkiem niespecjalnie finezyjnych, ale bardzo świeżych kwiatów, może też smagnięcie słodkimi gruszkami lub jabłkami i nuta wody morskiej, szczypta dębu; przede wszystkim jednak zioła, rześki i lekki, przyjemny i nawet dość złożony, acz nie powalający. W ustach cięższa, dużo bardziej beczkowa, drzewna, nie jest już raczej słodka, a pikantna, pieprzna - tu z kolei nabrała wyrazistości i ciała, ale straciła na bogactwie, niemniej jednak przyjemnie rozgrzewa, nie ma w niej fałszywych nut, jest prosta, ale dobra i konkretna. Finisz w zasadzie to kontynuuje, bardzo podobny do tego, co dzieje się w ustach - najpierw mocne, ostre wręcz uderzenie pikantnością, a później stopniowe wyciszanie się z powrotem w stronę nut dębowych, a jeszcze dalej do ziołowych i słodkich - dobry, uczciwy trunek bez wielkich uniesień.

Jak na bądź co bądź mało ekskluzywną wersję blended whiskey, produkowaną na gigantyczną skalę, wynik jest bardzo pozytywny. Nie jest to trunek ekscytujący, ale taki... godny, uczciwy, no nie wstyd go zaserwować. Dobrze rokuje, chętnie sięgnę po te ciekawsze edycje.

7.0/10

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Havana Club Añejo 7 años

Rum musi jeszcze ustąpić miejsca brandy, ale po niej i po whisky jest najbardziej interesującym mnie destylatem, ma więc miejsce na podium i pojawi się tu nieraz. Dziś jest ten pierwszy. Nie piłem w życiu wiele rumów, w zasadzie pamiętam tylko 8-letnią wersję Bacardi, choć prawie na pewno były jeszcze jakieś inne - ten trunek zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i wiele sobie obiecuję po innych rumach.

Zaczynam dość tradycyjnie, bo od rumu od kubańskiej firmy Havana Club, jednej z najpopularniejszych marek tego trunku w Polsce i na świecie - mają nawet polską stronę internetową (niestety widać na niej mocno korporacyjne podejście, próżno szukać historii czy szczegółów na temat maturacji). Pod tą nazwą funkcjonuje od 1934 roku, ale destylarnia powstała już w 1878. W 1960 została znacjonalizowana przez Fidela Castro, a od 1994 roku 50% udziałów państwo kubańskie sprzedało alkoholowemu megakoncernowi Pernod Ricard. Obecnie poza wersjami przeznaczonymi do drinków pod tą marką produkuje się kilka rumów ciemnych, z których wersja 7-letnia wydaje się jedną z bardziej podstawowych. Wytwarzane są z melasy.

Informacje ogólne:
Gatunek: rum
Kraj: Kuba
Miasto: Santa Cruz del Norte
Wersja: Añejo 7 años
Maturacja: 7 lat
Alkohol: 40%

Ładna barwa bursztynu, który można, choć nie trzeba nazwać nieco jasnym - klarowny, wyrazisty. Bardzo przyjemny, słodki, ale nie do przesady zapach; spore dawki karmelu i wanilii, dużo niezwykle wyrazistego dębu, przechodzi wręcz w nutę nie tyle dymu, co palącego się drewna, a wszystko kończy się lekką przyprawowością; aromat może nie najwyższej szlachetności, ale niezwykle miły. Nie da się ukryć, że w ustach traci sporo walorów - przepada gdzieś ta złożoność, jest dość jednolity, słodkawo-kwaskowaty, minimalnie czekoladowy, trochę ziołowy - w porządku, ale niczego nie urywa; jakąś zaletą jest bardzo duża łagodność, nie czuć tych czterdziestu procent. Najsłabiej wypada finisz - zły nie jest, ale mało ciekawy, co najwyżej lekko przyjemny i to raczej dzięki rozgrzaniu niż walorom smakowym; nic się na nim dzieje, troszkę pikantności, troszkę dębu, ziół i to już koniec.

No zawód spory. Solidny trunek i to wszystko, z nęcącym zapachem, ale przeciętnym smakiem - nie tak zapamiętałem inne rumy, a ten raczej był z tej samej półki co te, które już piłem. Jest jak najbardziej porządny, ale umiarkowanie ciekawy i sam pozostałej zawartości butelki na pewno nie wypiję nawet przez całe życie. Być może dam jeszcze drugą szansę Havanie, bo wybór rumów w Polsce jest mocno ograniczony w przeciwieństwie do whisky. 

6,0/10