sobota, 21 lutego 2015

The Glenlivet 18 Year Old

Trzecia już wersja The Glenlivet, od której zacząłem przygodę z tym blogiem. Najpierw zachwyciłem się 12-letnią, potem trochę rozczarowałem 15-letnią, bo wcale nie była wyraźnie lepsza od podstawki - mam nadzieję, że osiemnastka będzie już sporym krokiem naprzód.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Speyside
Destylarnia: The Glenlivet
Wersja: 18 Year Old
Maturacja: 18 lat w beczkach z dębu europejskiego i amerykańskiego
Alkohol: 43%

Głęboki do jasnego bursztyn - dość majestatyczna. Bardzo intensywna, wyrazista woń - z jednej strony bardzo rześka od owoców, z drugiej masywna od beczki, dymu, karmelu; naprawdę bardzo, ale to bardzo wiele się tu dzieje: pomarańcze, kandyzowane pomarańcze, karmel, wręcz toffi, gruszki, dużo wanilii, smagnięcie dymem, dąb, przyprawy - genialny aromat, dość lekki, słodki. W ustach pokazuje pazury, owoce muszą się oddalić (choć słodycz zostaje) na rzecz dymu, kwaskowatości i pieprzności, ogólnie dość agresywna, może trochę zanadto; po dolaniu paru kropel wody zyskuje, robi się przyjemnie korzenna. Finisz rozpoczyna się od potężnego natarcia pikanterii, lekko paraliżującego, agresywnie pieprznego, ale w korzystny sposób; rozchodzi się powoli, w stronę nut owocowych, tu bardziej jabłkowych, korzennych, dębowych, znów robi się bardzo słodko - cudownie przyjemna.

To zdecydowanie najlepsza whisky spośród tych trzech, ale wciąż nie jakoś niebywale lepsza od poprzedniczek. Zachwycając się świetną dwunastką, liczyłem, że na etapie osiemnastki będzie już genialnie - genialnie jeszcze nie jest, acz wybitnie na pewno. Starszych wersji już w Polsce nie widziałem, ale widziałem edycje specjalne, jak Nadurra i zapewne one będą następnym krokiem w zgłębianiu tej świetnej destylarni.

9,0/10

środa, 11 lutego 2015

Armagnac Saint-Vivant

Najstarszy spożywczy destylat świata nie doczekał się wielkiej popularności wśród mas. Nie ma chyba dorosłego, cywilizowanego człowieka, który nie słyszałby o koniaku, whisky, rumie czy wódce - nawet jeśli nie bardzo wie, co to tak naprawdę jest i z czym to się je, prawie na pewno będzie wiedział, że to jakieś napoje alkoholowe. Choć według znawców nie ustępuje w niczym koniakowi czy innym brandy, a wśród pasjonatów świata trunków budzi być może nawet większy entuzjazm, armaniak pozostaje natomiast niszowy, w przeciętnym człowieku jego nazwa budzi jedynie niezrozumienie. A od niego przecież wszystko się zaczęło. Brandy ceniona nie tylko za walory smakowe, ale również za to, że jego świat w niezrozumiały sposób nie został wchłonięty przez korporacje (w zupełnym przeciwieństwie do koniaku), w Polsce jest równie popularny, co dostępny, czyli prawie wcale. Prezentowana dzisiaj wersja to jedna z zaledwie dwóch różnych butelek armaniaku, jakie udało mi się zobaczyć w całym Wrocławiu.

Ciężko nawet znaleźć jakieś specjalne informacje o tym, co zdobyłem. Strony internetowej Saint-Vivant brak, z różnych źródeł można wyczytać, że to jedna z najstarszych destylarni armaniaku, a niezwykła butelka ma naśladować taką, w jakiej trunek lądował w XVI wieku. Można znaleźć na zagranicznych stronach inne wersje, nawet rocznik 1937, wyceniany na cztery tysiące złotych (podejrzanie mało, porównując z whisky czy koniakiem). To, co zdobyłem, to prawdopodobnie najbardziej podstawowa wersja. Cóż, a więc niech przemówi trunek, nie opowiadania.

Informacje ogólne:
Gatunek: armaniak
Destylarnia: Saint-Vivant
Wersja: podstawowa, bez nazwy
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40%

Barwa od jasnego do ciemnego bursztynu. Świetny, intensywny, bardzo wyrazisty i zachęcający aromat, stanowiący syntezę bardzo rześkich, świeżych nut owocowych na czele z jabłkami, gruszkami i winogronami z ciepłym zapachem mocno opalanej dębowej beczki - jest to niemal zapach palącego się w kominku drewna, piękny aromat, podchodzący z tą ognistością wręcz pod niebywały. W ustach jest już nie ognisty, a raczej intensywnie dymny, przyjemny, lekko oleisty, dość łagodny, aczkolwiek tu już zdecydowanie nie tak bogaty jak w zapachu. Finisz na początku agresywny, mocno pieprzny, palący, najciekawiej natomiast robi się po paru chwilach, gdy powraca do tej drzewnej ognistości i (tu już w dużo mniejszej ilości) nut owocowych, pozostawiając bardzo przyjemne uczucie rozgrzania, na tym etapie robi się też całkiem słodko - piękny.

Jestem pod bardzo dużym wrażeniem, bo skoro tak smakuje podstawowa wersja, to starsze muszą być naprawdę genialne. Świetny trunek, idealny do powolnego sączenia przy kominku, bo sam zapach z kominka przypomina. Przy tym poza jednym momentem bardzo łagodny, no nie mogę pozbyć się tego słowa, wręcz... przytulny. Szkoda tylko, że tak ciężko będzie zdobyć inne wersje. Dodam, że w porównaniu do pitych przeze mnie brandy, armaniak wydał mi się stosunkowo mocno zbliżony do szkockiej whisky, zapewne przez spore dawki dymu.

8,5/10