czwartek, 5 marca 2015

Jameson Select Reserve

Szybko powracam do słynnego irlandzkiego Jamesona, który swoją podstawową wersją nie podbił na pewno mojego serca, ale zaciekawił, bo była zaskakująco dobra jak na tak powszechny trunek, który można dostać nawet w zwykłych spożywczakach. Select Reserve, kolejny stopień wtajemniczenia, to mieszanka whiskey pot still z niewielką ilością whiskey zbożowej.

Informacje ogólne: 
Gatunek: irlandzka whiskey
Destylarnia: Midleton
Wersja: Select Reserve
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40%


Jasnobursztynowa, w pełni klarowna, prosta, ale ładna. Zapach łączy dwa przeciwstawne oblicza - ciężką, starą, mocno przypaloną beczkę dębową oraz młodą, świeżą, słodką owocowość, pomarańcze, banany, morele; z czasem to drugie oblicze zaczyna dominować; dużo wanilii; zapach nie oszałamiający, ale bardzo, bardzo przyjemny. W smaku podobnie, choć zwiększa się udział dymu, ale dalej jest dość słodko, owocowo, bardzo przyjemnie i dość łagodnie. Finisz zaczyna się od delikatnego podrażnienia pieprzem, a później rozchodzi znów w słodycz, choć nieprzesadzoną - o dziwo stanowi najmniej ekscytującą część, jest miły, ale dość prosty, żeby nie rzec prostacki.


Tylko trochę lepszy od podstawki, ale w sumie mogłem się tego spodziewać, jest niewiele droższy. Nie widziałem nigdy w Polsce wersji rocznikowych, ale będę na nie polował.

7,5/10

niedziela, 1 marca 2015

Yamazaki 10 Year Old

Odkrywając świat whisky, być może najbardziej zadziwiającą informacją jest wysoka w nim pozycja Japonii. Ten ani bliski Szkocji, ani nawet anglojęzyczny kraj cieszy się o dziwo chyba największą estymą ze wszystkich państw po wiadomym brytyjskim hegemonie. Niektórzy mówią, że to dlatego, iż Japończycy swoim zwyczajem postanowili kopiować szkocką, inni twierdzą, że to niesprawiedliwy osąd, a w Japonii od samego początku starano się stworzyć swój własny styl. A zaczęło się to w 1923 roku, gdy Shinjiro Torii (od którego nazwiska wzięła się nazwa firmy Suntory, największego alkoholowego giganta w Japonii), zajmujący się sprzedażą alkoholu jeszcze od XIX wieku, postawił niedaleko Kioto pierwszą destylarnię whisky w kraju. Po zawirowaniach przez przegraną wojnę światową, w 1982 roku na świat została wypuszczona pierwsza japońska whisky single malt, a na imię jej było 12-letnia Yamazaki.

Dziś pod tą marką produkuje się również wersje 18-letnią, 25-letnią i Distiller's Reserve. To by oznaczało, że trunek, którym się dziś zajmę, nie istnieje - strona internetowa Yamazaki nie przyznaje się do 10-letniej whisky, nie wiem czemu. Pojawia się natomiast w wielu profesjonalnych recenzjach i bez wątpienia nie jest żadną podróbką, więc nie będę wybrzydzał, zwłaszcza że to jedyna japońska single malt, jaką w Polsce spotkałem.

Informacje ogólne:
Gatunek: japońska whisky single malt
Destylarnia: Yamazaki
Wersja: 10 Year Old
Maturacja: 10 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 40%

Bardzo jasna, jasnozłota, nie ma nawet mowy o choćby błysku bursztynu. W zapachu lekka i świeża, ale i z ostrzejszą, zadziorniejszą nutą; pachnie kwiatami, gruszkami, słonecznikiem, zbożem i marcepanem, pieprzem, a po jakimś czasie dochodzi dąb - niezwykła złożoność, nie jest przy tym aż tak przyjemna, jak ciekawa, acz bardzo przyjemna również. W ustach znienacka odpala bombę dymu, nieobecnego zupełnie w zapachu - bardzo ułożona, łagodna mimo intensywności dymu, wręcz słona, bardzo ciekawa. Ale najciekawsze nadchodzi w momencie przełknięcia, gdzie najpierw ta słoność bardzo się nasila, a nagle momentalnie przeradza w intensywną, wprost miodową słodycz, która rozpływa się w kierunku nut anyżkowych, ziołowych - niezwykła podróż, bardzo przyjemna, choć jeszcze bardziej ciekawa.

Ale zaskoczenie. To jeden z bardziej niesamowitych, bardziej zmiennych i barwnych trunków, z jakimi się spotkałem. Doprawdy warto zgłębiać japońską whisky, skoro byle 10-letnia podstawka, którą nawet nie chwalą się w Internecie, stoi na takim poziomie. Szkoda tylko, że w Polsce będzie to raczej trudne.

8,5/10

Bunnahabhain 12 Year Old

Jak wielu miłośników whisky, tak i mnie ciągnie chyba najbardziej na wyspę Islay, do jej torfowych bogactw. Święta trójca torfu, Ardbeg, Lagavulin i Laphroaig, a również nieco łagodniejsze Caol Ila i Bowmore to olbrzymie marki, dziś zajmę się jednak mniej znaną - bo najłagodniejszą, w większości swoich wersji niemal wypraną z torfu - whisky o uroczej nazwie Bunnahabhain. Destylarnia nie ma oszałamiającej historii, od początku była w posiadaniu dużych spółek, została wybudowana w wyludnionej, północno-wschodniej części wyspy - dopiero dzięki niej teren ten się zaludnił. Za jedyną anegdotę niech posłuży to, że w trakcie budowy znaleziono na plaży skrzynkę z ludzkimi kośćmi, a po paru dniach huragan zniszczył dotychczasowe prace.

Przez długi czas Bunnahabhain była tylko elementem blendów, a jeszcze na początku XXI wieku jedynym oferowanym single maltem była wersja 12-letnia. Dziś w sprzedaży są również destylaty o wieku 18, 25, a nawet 40 lat oraz parę edycji specjalnych. Zaczynam oczywiście od tej pierwotnej (nie zauważyłem zresztą nigdy w Polsce starszej).

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Islay
Destylarnia: Bunnahabhain
Wersja: 12 Year Old
Maturacja: 12 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 46,3%

Złota, nawet momentami jasnozłota, choć bardziej wchodzi w głębokie, pełne złoto; nie jest całkiem klarowna. Bardzo intensywny, dość słodki zapach, z subtelnym, ale i konkretnym smagnięciem torfowego dymu; słodycz natomiast pochodzi przede wszystkim od beczkowej wanilii (pojawia się nawet piernik, przyprawy korzenne), w mniejszym stopniu od owoców, które przy jednym pociągnięciu nosem są, przy drugim już ich nie ma; do tego nuta morskiej wody; łagodna, ale piękna, wprost znakomita kompozycja. W ustach mocno pieprzna, bardzo słona jakby od morskiej wody, dość prosta; po dolaniu wody ujawnia natomiast sporą słodycz - przyjemnie wybucha, ale nic ponadto. Na finiszu początkowo jest dość podobnie - najpierw duża pikantność, potem ściana tej charakterystycznej słoności, a potem proste wyciszanie się w kierunku nut drzewnych - może za zasługą czasu, a może skropienia wodą (bardzo warto to zrobić) zrobiło się dużo ciekawiej - w końcowym stadium finiszu raz weszły pomarańcze, nawet czekolada z pomarańczami, a po następnych łykach intensywne wodorosty, w zasadzie z każdym łykiem wydawała się coraz lepsza i coraz bardziej złożona - bardzo dobra, choć może nie wybitna.

Bardzo przyjemna whisky, ale trzeba jej dać trochę czasu i warto skropić wodą. Pierwsze łyki mnie rozczarowały, ale nabrała magii i nie ustąpiła innej wyspiarskiej podstawce, 10-letniemu Taliskerowi. Ciekawe, co jest dalej, ale jak pisałem, nie widziałem starszych wersji na półkach.

8,0/10