poniedziałek, 30 listopada 2015

Hakushu 12 Years Old

Do dziś wspominam jedyną jak dotąd degustację japońskiej whisky w moim życiu - 10-letnia Yamazaki była jednym z najbardziej oryginalnych, nieprzewidywalnych i po prostu najlepszych trunków, z jakimi się spotkałem. Zdawało mi się jednak, że za szybko nie natrafię na drugiego japońskiego single malta. Po pół roku wyczaiłem jednak tę oto dwunastkę, również produkowaną przez koncern Suntory, ale w jego drugiej destylarni - Hakushu. W tej uroczo położonej gorzelni - u stóp Alp Japońskich, otoczonej lasem - powstają co najmniej cztery różne wersje whisky - Distiller's Reserve oraz wersje 12, 18 i 25-letnie. Co ciekawe, brzeczka fermentuje w kadziach z drewna przy użyciu nie tylko gorzelniczych, ale i piwowarskich drożdży.

Informacje ogólne:
Gatunek: japońska whisky single malt
Destylarnia: Hakushu
Wersja: 12 Years Old
Maturacja: 12 lat w dębowych beczkach
Alkohol: 43%

Bardzo jasna, tylko trochę ciemniejsza niż cytrynowa. A propos cytryn, to są obecne w aromacie, ale przeważa nad nimi i nad wszystkim innym wyraziście zaznaczony dym, torfowy, z lekka naftowy - przyjemnie komponuje się z raczej słodową niż dębową słodyczą oraz rześkimi cytrusami i zielonymi jabłkami. Skropienie wodą wydobyło z niego duże dawki drewna. Przepiękny, barwny, intensywny i świeży aromat. W ustach bardzo łagodna, najwyżej lekko pikantna, a poza tym to bardzo słodka, bardzo kremowa, niemal maślana, z pozostającą nutką cytrusów - bardzo dobra. Finisz łączy w sumie wszystko, co się do tej pory przewinęło - jest kremowa słodycz, są cytrusy, ale jest i powrót do dymu - długi, bogaty, intensywny, bardzo ładny.

Trochę zawód, bo dwa lata młodsza Yamazaki była wyraźnie lepszą whisky. Bardzo mocne 8, ale jednak 8, co przy jej cenie jest średnio korzystne. Mimo wszystko dam kolejną szansę dowolnej japońskiej whisky single malt, na jaką się natknę, ale mam nadzieję, że nie będzie to Hakushu, relacja cena-jakość nie jest tu zbyt korzystna, choć jest w niej dużo piękna.

8.0/10

sobota, 28 listopada 2015

Buffalo Trace: Blanton's Special Reserve

Bourbon po raz trzeci, tym razem trafiłem na coś bardziej ekskluzywnego. Blanton's to jedna z wielu marek bourbonu, jakie wydaje destylarnia Buffalo Trace. Jej historia sięga drugiej połowy XVIII wieku, choć prawdziwie komercyjna produkcja zaczęła się w niej już w drugiej połowie następnego stulecia. W latach osiemdziesiątych jeszcze kolejnego wieku gorzelnia popadła w finansową ruinę, a z wybawieniem przyszedł gigakoncern alkoholowy Sazerac i dopiero od 1999 roku funkcjonuje ów zakład pod obecną nazwą, wcześniej wielokrotnie ją zmieniał.

Był okres, gdy destylarnia nosiła nazwę Albert B. Blanton Distillery. Można nazwać tego pana prekursorem idei bourbonu single barrel, a serię Blanton's, zaprojektowaną na jego cześć po latach - pierwszą tego typu na rynku. Pod tą marką ukazują się cztery różne whisky, Special Reserve jest chyba najmniej ekskluzywną z nich, sądząc po zawartości alkoholu.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Buffalo Trace
Wersja: Blanton's Special Reserve
Maturacja: w beczkach z białego dębu
Alkohol: 40%

Głęboki bursztyn. W aromacie dominuje dąb, z jednej strony typowy dla bourbonów - mocno przypalany, suchy i słodki w kukurydziany sposób zarazem, ale tutaj jakiś dużo bardziej szlachetny. Do drewna dołączają subtelne akcenty dymne oraz delikatne owoce - cytrusowe przede wszystkim. Słodko, ale z przełamaniem, dostojnie - nie wybitnie, lecz przyjemnie bardzo. W ustach przechyla się w stronę tych wytrawnych doznań, zwłaszcza dymu - dochodzi do niego pieprz i jest dość jednowymiarowo, ale dalej z dużą dozą subtelności. Na finiszu natomiast zaczyna się zabawa, bo do dymu dołączają rodzynki i wiśnie (acz delikatne). Trochę za ostra, ale bardzo dobra, przyjemna, szlachetna whiskey z charakterem.

Bardzo dobra whiskey, ale za tę cenę spodziewałem się co najmniej trochę więcej. Dużo tańsza Wild Turkey 101 bardziej mnie zdobyła. Wrócę jeszcze jednak do Blanton's na pewno, bo parę lat temu nabyłem najszlachetniejszą whiskey z tej serii.

7.5/10

niedziela, 15 listopada 2015

Heaven Hill Old Style Bourbon

Niemal dokładnie rok musiał minąć, bym drugi raz sięgnął po bourbon. Wild Turkey w swojej niespecjalnie ekskluzywnej wersji zrobił na mnie spore wrażenie i z ciekawością podchodzę do tego gatunku whiskey. Dziś jeszcze mniej ekskluzywny trunek Heaven Hill Old Style Bourbon, który nosi nazwę potężnego koncernu alkoholowego, mającego w swojej ofercie niezliczone marki przeróżnych destylatów, nie tylko whiskey. Spółka założona osiemdziesiąt lat temu, dziś jest siódmym największym producentem alkoholu w Stanach i drugim największym producentem bourbonu. Problem polega na tym, że na stronie tej korporacji nie ma najmniejszej wzmianki o trunku, który trzymam dziś w ręce - prezentują 17 różnych marek amerykańskich whiskey, ale o takiej pod własnym szyldem nie słyszeli. No cóż.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Heaven Hill
Wersja: Old Style Bourbon
Maturacja: brak danych
Alkohol: 40% 

Bursztynowa barwa. Zapach bardzo prosty i typowy, ale przyjemny: kukurydziana słodycz lekko zmierzająca w stronę wiśni, mocno opalany dąb, węgiel; prosto, czysto, całkiem fajnie. W ustach już prostacko, pieprz, węgiel i pieprz, dość ostra. Na finiszu najpierw równie prostackie uderzenie pieprzem i benzyną, ale szybko zaczyna się robić zadziwiająco przyjemnie - wracają wiśnie, dochodzą inne słodkie posmaki, przypalony dąb uderza ze wzmożoną siłą, jeszcze do tego trochę trawy; mało wyrafinowana podróż, ale przyjemna.




Daleko tu do poziomu Wild Turkey. Pozytywny i przyjemny trunek, ale bardzo prosty, niewyrafinowany - zmieszanie go z colą bynajmniej nie jest konieczne, ale i nie byłoby profanacją. Może będę się rozglądał za takimi bourbonami, do których producenci się w ogóle przyznają.

6.5/10

poniedziałek, 2 listopada 2015

Johnnie Walker Black Label

Szkoda mi trochę czasu i pieniędzy na szkockie whisky mieszane. Przy bogactwie single maltów Szkocji nie ma sensu zagłębiać się w ich platońskie cienie, czyli blendy, zwłaszcza że różnica w jakości nie pociąga za sobą proporcjonalnej różnicy w cenie. Zrobię jednak wyjątek dla Johnniego Walkera po pierwsze ze względów sentymentalnych, a po drugie dlatego, że po prostu kupiłem już dość dawno temu parę różnych jego wersji i do dzisiaj trzymam. Konkretnie to właśnie Black Label jest dla mnie tak bardzo sentymentalnym trunkiem (bardziej sentymentalny jest tylko Jack D.), a powód tego jest prozaiczny - była to pierwsza whisky, którą wziąłem do ust. Nie powiem, żebym zakochał się od pierwszego wejrzenia, ale na pewno byłem zafascynowany od pierwszego wejrzenia - nie objęła mnie legenda o tym, jakoby whisky pita za pierwszym razem zawsze odpychała.

Johnnie Walker to marka każdemu doskonale znana, z całego świata destylatów poddaje się popularnością już chyba jedynie innej whisk(e)y, Jackowi Daniel'sowi (jakie te moje sentymenty mainstreamowe swoją drogą). Myślę, myślę i chyba nic nie przebija tej pary. "Tytułowy" Johnnie otworzył sklep spożywczy z alkoholami w wieku 15 lat w 1820 roku. Dopiero w latach 60., po legalizacji mieszania whisky, syn Johna, Alexander, postanowił produkować whisky. Walkerowie byli skazani na sukces od samego początku. W 1908 roku zaczęli sprzedawać swoją whisky w charakterystycznych, prostopadłościennych butelkach, w tym samym okresie pojawiło się równie charakterystyczne logo firmy, przedstawiającego idącego dżentelmena oraz whisky, które dziś znane są jako Red Label i Black Label, podstawowe wersje JW. W 1925 firma weszła w skład koncernu, który dziś nosi nazwę Diageo i jest jedną z największych organizacji biznesowych świata.

Dziś JW oferuje sześć podstawowych wersji: Red Label, Black Label, Double Black, Gold Label, Platinum Label i sławetną Blue Label, która szokuje ludzi swoją ceną (gdyby mogli zobaczyć, ile kosztują kilkudziesięcioletnie single malty...). Poza tym parę edycji specjalnych i super hiper ekskluzywnych. Z tych sześciu podstawowych piłem wszystkie poza Platinum, ale i ona czeka w szafie na swą kolej. Mam też w zanadrzu Green Label, wycofaną z produkcji parę lat temu, która w obliczu ubywania jej pozostałości z rynku zaczyna obrastać w wysokie ceny - może nawet ją sprzedam, jak tak dalej pójdzie, w końcu to tylko blend.

Zaczynam od czarnej - czerwoną pomijam, bo zdecydowanie nie jest to trunek, który zasługuje na picie go na czysto.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky mieszana
Producent: Johnnie Walker
Wersja: Black Label
Maturacja: poszczególne whisky starzone przez co najmniej 12 lat
Alkohol: 40%

Głęboki, może lekko jasny bursztyn. Zapach to proste, ale bardzo przyjemne połączenie dwóch części: pierwszą i prowadzącą jest dym, zaskakująco intensywny jak na popularnego blenda, choć łagodniejący z czasem; drugi zaś element jest przeciwstawnie słodki, dębowy, waniliowy, lekko słodowy. W ustach mniej więcej takie samo połączenie, tyle że robi się bardzo słono i dochodzi pieprz. Finisz już odpuszcza stronę słodką, pozostaje przy wyrazistym, słonym i pikantnym połączeniu dymu i pieprzu z dodatkiem drewna - prosto bardzo, ale i przyjemnie nieprzeciętnie.





Tym razem nie było bolesnego rozczarowania jak w przypadku Jacka. Czarny Johnnie Walker to naprawdę godna whisky, która jest w stanie konkurować z poślednimi single maltami - nawet z tych szesnastu, które tu już recenzowałem, jedna whisky wypadła gorzej od tego blendu. Wciąż uważam, że zdecydowanie nie warto - trochę więcej kasy na stół i mamy już choćby świetną, dużo lepszą 12-letnią The Glenlivet - aczkolwiek dużą zaletą Czarnego Jasia jest dostępność i może czasem uratować sytuację.

7.0/10