czwartek, 22 września 2016

Lagavulin 16 Year Old

Spotkanie, na które czekałem od początku prowadzenia bloga. Lagavulin wchodzi w skład trójcy świętej z południowego wybrzeża Islay obok Laphroaiga i Ardbega. Wiele osób uznaje tę destylarnię za najlepszą w Szkocji, znaczy się na świecie.

Powstała w 1816 roku w pobliżu zrujnowanego zamku Dunyvaig z XIV wieku, gdzie urzędowali władcy Islay. Nazwa destylarni oznacza "młyn w małej dolinie". Od 1927 roku wchodzi w skład koncernu, którego dzisiejszym spadkobiercą jest Diageo.

W podstawowej ofercie jest tylko wersja 12-letnia, 16-letnia i Distiller's Edition. W polskich sklepach naziemnych dwunastki chyba po prostu nie ma, a nie chciało mi się zamawiać jej specjalnie ze sklepu internetowego, więc biorę się od razu za legendarną szesnastkę.

Informacje ogólne:
Gatunek: szkocka whisky single malt
Region: Islay
Destylarnia: Lagavulin
Wersja: 16 Year Old
Maturacja: 16 lat
Alkohol: 43%

O barwie dość ciemnego bursztynu. Obłędny aromat, mięsisty. Dominuje w nim torfowy dym, w najpiękniejszym wydaniu, z jakim się spotkałem. Czyste drewno, palące się drewno w kominku. Morze, sól morska, wodorosty. Pomarańcze. Karmel. Leciutki pieprz. Potężny, a jednak delikatny, pieszczotliwy. Mimo wszystko zabrakło mi jakiejś półnuty, bym nazwał go doskonałym. W ustach jeszcze mocniej wybucha palącym się drewnem, jest oleista i przeładowana smakiem, również pieprzna, ale w subtelny sposób, nie pali ordynarnie. Po przełknięciu to już istna orgia smaków i aromatów. Najpierw jest bardzo słono - wodorosty, sól morska, dym znad ogniska - a stopniowo odchodzi w rejony bardzo słodkie - pomarańcze, czekoladę, karmel, migdały. I cały czas dąb, dąb, dąb. I do końca rozkoszny, morski dym. Wspaniałość, whisky zarazem bardzo złożona, bardzo dostojna i bardzo przyjemna.

To rzeczywiście najlepsza whisky, jaką piłem w życiu, ale jestem pewien, że mogłaby być jeszcze lepsza (znam na przykład taką, która trochę lepiej pachnie), więc odmówię jej doskonałości i zrobię miejsce w skali na coś jeszcze lepszego. Tak czy inaczej to jest must have dla każdego miłośnika whisky, zwłaszcza że jest dobrze dostępna. Dzieło sztuki.

9.5/10

wtorek, 6 września 2016

Maker's Mark

Już piąty bourbon na blogu. Destylarnia Maker's Mark zabutelkowała pierwszą whisky w 1954 roku, więc raczej niedawno, ale jej powstanie było efektem i końcem długiej drogi przez rozmaite bourbonowe inwestycje rodziny Samuelsów, którzy przybyli do Kentucky ze Szkocji już pod koniec XVIII wieku. Maker's Mark do dziś używa w nazwie słowa whisky zamiast standardowej dla Kentucky whiskey, co od początku podkreślać miało więzy ze Szkocją; sama nazwa marki to z kolei pomysł żony założyciela destylarni, która była kolekcjonerką naczyń cynowych - na każdym z jej eksponatów znajdował się znaczek twórcy i wymyśliła, by przenieść ten zwyczaj do świata bourbonu (zaprojektowała też butelkę wraz z zalaną woskiem szyjką i etykietę). Popularność bourbonu zaczęła się jednak dopiero w latach 80. z pomocą artykułu o rodzinie Samuelsów w prasie amerykańskiej. Zaraz po tym destylarnia wpadła w ręce korporacji, dziś stanowi własność Jima Beama.

Do 2010 roku destylarnia wydawała tylko jedną jedyną whisky - tę, którą dziś zrecenzuję. Od paru lat w sprzedaży są bardziej ekskluzywne edycje, ale tylko dwie i nic to niebywale wyszukanego.

Informacje ogólne:
Gatunek: bourbon
Stan: Kentucky
Destylarnia: Maker's Mark
Wersja: Maker's Mark
Maturacja: brak danych
Alkohol: 45%

Głęboko bursztynowa. W zapachu klasyczna dębowo-waniliowa słodycz z nutą pomarańczy, wzbogacona o lekkie błyski zbożowe i karmelowe, konfrontuje się z ogólną ostrością i pewną szorstkością, zdradzającymi sporą moc. Ładny zapach, choć trochę surowy - pomaga w tym skropienie wodą, zaledwie parę kropel pozwoliło mocno zredukować narowistość i uczynić aromat bardzo ciepłym, kominkowym, lekko korzennym, jednocześnie niepozbawiony walorów pełnej mocy. W ustach ta szorstkość jeszcze się nasila, nie pozostawiając miejsca na wiele poza pieprzem. Nie zmienia tego nawet odrobina wody, jest piekielnie ostra. Finisz jest już dużo ciekawszy, bardzo intensywnie dębowy i węglowy, na dalszych etapach z lekka owocowy (pomarańcze i leciutkie wiśnie). Dolanie wody wiele już nie zmienia.

Dobry bourbon, nieśmiało wyrywający się w kierunku bardzo dobrego. Prostota trochę go jednak ogranicza. Zapach po dolaniu paru kropel wody jest bardzo ładny, smak natomiast pozostaje trochę nadto agresywny. Udrinkowienie tego trunku bynajmniej profanacją nie będzie. Odrobinę bardziej spodobał mi się dużo tańszy i dużo łatwiej dostępny Jim Beam, co trochę Maker's Mark dyskwalifikuje.

7.0/10